Podczas pościgu za pancernikiem „Bismarck” pod koniec maja 1941 r., ciężki krążownik HMS „Suffolk” znalazł się w pewnym momencie pod ostrzałem artylerii niemieckiego pancernika. Aby uniknąć trafienia kapitan „Suffolka”, Robert Meyric Ellis, postawił zasłonę dymną i chwilowo przerwał ogień – dzięki czemu Niemcy nie zdołali poprawnie wstrzelić się w cel. Wymownie opisał to w rozmowie z Erykiem Sopoćko ppor. Adam Pilarz, odbywający wówczas staż na pokładzie „Suffolka” (za: „W pościgu za Bismarckiem”):
„Na Bismarcku musiano zauważyć podejrzane smugi dymu na horyzoncie, ponieważ pancernik zmienił kurs i niedługo wyszedł na pozycję na naszym prawym trawersie, nie dalej niż dziesięć mil od naszego okrętu. Suffolk znalazł się w ten sposób pomiędzy Niemcami i brytyjskimi okrętami. Dopiero teraz, w pięknym popołudniowym słońcu, mogłem obejrzeć sylwetkę Bismarcka – w trakcie pościgu trzymaliśmy się za rufą pancernika, pilnując jednocześnie, by pozostawać poza zasięgiem jego dział.
I wtedy zobaczyłem rozbłyski na dziobie i rufie Bismarcka – niemiecki okręt otworzył ogień. Kapitan stojący obok mnie zawołał: ‘Chłopaki, to w nas!’ Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Osiem ton pocisków leciało w naszym kierunku i za parę sekund miało znaleźć cel. Ale zanim zdążyłem się zorientować w sytuacji, ciszę rozdarł huk naszych dział. Kiedy dym się rozwiał, dostrzegłem w odległości kilkuset metrów fontanny wybuchów pocisków pierwszej salwy z Bismarcka.
Ledwo zdążyliśmy pomyśleć, że salwa była za krótka, kiedy kolejne rozbłyski z nieprzyjacielskiej jednostki powiedziały nam, iż w drodze są już kolejne pociski, a my jesteśmy ich celem. Kapitan zauważył to i natychmiast rozkazał wykonać ostry zwrot w lewo i polecił maszynowni postawić zasłonę dymną.
Kiedy zmieniliśmy kurs, wstrzymaliśmy ogień. Z kominów zaczął się wydobywać gęsty czarny dym, który odgrodził nas od przeciwnika. Natychmiast zrozumieliśmy zamysł kapitana. Na chwilę znikliśmy nieprzyjacielowi z widoku, po czym przebiliśmy się przez naszą zasłonę dymną i zmusiliśmy go do ponownego mierzenia naszego kursu i prędkości oraz wyliczania od nowa trajektorii lotu pocisków.
Ale po wyjściu ze strefy dymu w zasięgu naszych dział zastaliśmy oprócz pancernika również krążownik – zidentyfikowany później jako Prinz Eugen – o wielkości i uzbrojeniu porównywalnym z Norfolkiem. W tych okolicznościach kapitan postanowił rozdzielić ogień na oba okręty: wieże dziobowe A i B miały skoncentrować się na Prinz Eugen, a działa wież rufowych X i Y – na Bismarcku. Nasze położenie stało się teraz jeszcze trudniejsze, gdyż byliśmy wystawieni na ogień obu okrętów nieprzyjaciela. Prowadząc ciągły ostrzał, dwukrotnie wykonywaliśmy zwroty, by uniknąć salw przeciwnika, i raz jeszcze postawiliśmy zasłonę dymną, by go zmylić.
Do czasu, kiedy H.M.S. Prince of Wales i Norfolk zbliżyły się na tyle, że mogły otworzyć ogień, zaliczyliśmy kilka bezpośrednich trafień w Bismarcka, ale kiedy brytyjski pancernik rozpoczął ostrzał, hitlerowski okręt zaraz zmienił kurs i próbował uciec z maksymalną prędkością”.
Warto dodać, że manewr „Suffolka” przerwał stosowane przez artylerzystów niemieckiego pancernika „widłowe” wstrzeliwanie się w cel. Metodę tą dokładnie opisał Müllenheim-Rechberg, oficer służący na pokładzie „Bismarcka” (za: „Pancernik Bismarck”):
‘Początkowo oficer artylerii miał decydować o tym, czy strzelanie rozpocząć salwą częściową czy pełną. Wyznaczone przez niego wieże miały na rozkaz „centralnie” się odbezpieczyć. Następnie po „wstrzelaniu się” mógł się ograniczyć do tego, aby wystrzelić tylko jedną salwę otwierającą, odczekać na rezultat i wykorzystać wyniki do dalszego strzelania.
Pod „wstrzelaniem się” rozumiano salwy, którymi oficer artylerii starał się obramować cel zarówno pod względem rozrzutu w kierunku jak i odległości, aby mógł go nadal obserwować mimo uderzeń pocisków w wodę i w sam cel. Kiedy lufy były „ciepłe”, a podane wartości o przeciwniku pewne, zwykle wolał jednak natychmiast strzelać tzw. „widłami.” Były to 3 salwy, przy czym większa i mniejsza odległość do celu różniły się od średniej „odległości do celu” o tę samą wartość. Zwykle były to 4 hektometry. Przykładowe „widły” były to 180-176-172 hektometry. Kiedy te 3 salwy zostały wystrzelone tak szybko jedna po drugiej, że przez pewną część trasy lotu znajdowały się w powietrzu równocześnie, mówiło się o „szybkim wstrzelaniu się”, o „widłach” lub o „widłach grupowych”. W rzeczy samej „szybkie wstrzelanie się” stało się ulubioną metodą strzelania Kriegsmarine.
Na „Bismarcku” zwykle strzelano 4 hektometrowymi odległościami między salwami. Najpierw strzelała na przykład dziobowa grupa wież (wieże „Anton”, „Bruno”), potem rufowa („Caesar” i „Dora”) itd. Podczas każdej salwy częściowej odpalano 4 pociski, a więc liczbę dobrze nadającą się do godnej zaufania obserwacji. Stawiano sobie oczywiście za zadanie obramowanie celu już pierwszymi widłami. Od ich położenia zależały dalsze poprawki oficera artylerii. Dzięki wykorzystaniu naszych wydajnych dalmierzy optycznych zamierzenie to najczęściej się udawało.’
Bibliografia:
Eryk Sopoćko, „W pościgu za Bismarckiem”.
Burkard Freiherr von Müllenheim-Rechberg, „Pancernik Bismarck”.
Fotografie: pancernik „Bismarck” w 1941 r. (US Navy NH 59671) i HMS „Suffolk” na zdjęciu z 1942 r. (IWM FL 3942). Źródło: Wikimedia, domena publiczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz