"Na problemy i cierpienia, których oczywiście doświadczałem, patrzę w perspektywie wieczności.
(…)
Dla mnie kariera nigdy nie była zresztą najważniejsza. Zawsze mówiłem, że piłkarzem będę przez parę lat, a człowiekiem przez całe życie. Bardziej niż o karierę dbałem o swoją duszę, o stan łaski uświęcającej. Dlatego kontuzja nie była dla mnie kryzysem. Traktowałem ją jako normalne zawodowe ryzyko.
(…)
Dla mnie kariera nigdy nie była zresztą najważniejsza. Zawsze mówiłem, że piłkarzem będę przez parę lat, a człowiekiem przez całe życie. Bardziej niż o karierę dbałem o swoją duszę, o stan łaski uświęcającej. Dlatego kontuzja nie była dla mnie kryzysem. Traktowałem ją jako normalne zawodowe ryzyko.
- Ale był też w pana życiu drugi moment, znacznie bardziej poważny nie tyle dla sportowca, ile dla faceta w ogóle. Mam na myśli informację o chorobie pana syna. Lekarze namawiali wtedy żonę do aborcji.
- Nie nazwałbym tamtego momentu kryzysem. Myślałem wtedy: ok, fajnie się dawało świadectwa na różnych spotkaniach, fajnie się mówiło o Bogu na rekolekcjach, a teraz to Pan Bóg mówi: sprawdzam, jak się zachowasz, co zrobisz. Martwiłem się bardzo o żonę, o dziecko, ale też wiedziałem, że musimy przez to przejść i zaufać Bogu do końca.
Dla mnie to właśnie było doświadczenie hiobowe: dobrze jest wierzyć, kiedy wszystko się udaje, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i tak dalej. Łatwo jest mówić, trudniej zaufać do końca.
(...)
Kiedy mam problemy to nie tracę energii na narzekanie czy płacz, tylko szukam rozwiązań. I pierwsze co robię, to padam na kolana, modlę się, a potem działam. Nie lubię narzekać ani marudzić. Zgadzam się z tym, że Pan Bóg daje tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. A jestem świadomy, że krzyże każdy z nas musi dźwigać.
Dla mnie to właśnie było doświadczenie hiobowe: dobrze jest wierzyć, kiedy wszystko się udaje, kiedy jesteśmy szczęśliwi, zdrowi i tak dalej. Łatwo jest mówić, trudniej zaufać do końca.
(...)
Kiedy mam problemy to nie tracę energii na narzekanie czy płacz, tylko szukam rozwiązań. I pierwsze co robię, to padam na kolana, modlę się, a potem działam. Nie lubię narzekać ani marudzić. Zgadzam się z tym, że Pan Bóg daje tyle, ile jesteśmy w stanie udźwignąć. A jestem świadomy, że krzyże każdy z nas musi dźwigać.
- Rozumiem, że nie żałuje pan, że nie zagrał z Michaelem Owenem w Liverpoolu?
- Aż tak, to nie. Na pewno chciałem zagrać w lepszej lidze, na lepszych stadionach. Ale widocznie nie można mieć w życiu wszystkiego. Pan Bóg miał na mnie inny plan. I też jest fajnie."
Piękne świadectwo wiary Marka Citki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz