W historii polskiego hokeja nie brak nazwisk, które budziły respekt na lodzie. Ale niewielu zawodników zdobyło w swoim czasie taką sławę, uznanie i serca kibiców jak Czesław Marchewczyk. Krakowianin był człowiekiem oddanym hokejowi i Cracovii. Sport był dla niego nie tylko pasją. Był sposobem na życie…
Urodził się 14 września 1912 roku w Płońsku. Jeszcze jako dwunastolatek trafił do Cracovii. Początkowo chciał grać w piłkę nożną, próbował też lekkoatletyki i piłki ręcznej. W tamtych latach wszechstronność sportowa była czymś naturalnym. Wielu było mu podobnych. On jednak szybko zafascynował się hokejem, który w Polsce dopiero raczkował. Zaczynał w Sokole, a od 1927 roku był już pełnoprawnym graczem Cracovii.
Marzył o lotnictwie, ale los związał go z lodowiskiem. Niewysoki, wręcz „hokejowy mikrus”, wyróżniał się szybkością, zaciętością i potężnym strzałem. To właśnie siła rąk i wrodzona precyzja uczyniły z niego groźnego napastnika.
W latach trzydziestych stworzył z Adamem „Rochem” Kowalskim i Andrzejem Wołkowskim słynny tercet atakujących Cracovii. Określano ich „krakowskimi muszkieterami tafli”. Ich zgranie i widowiskowa gra sprawiły, że byli postrachem obrońców nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami. Cracovia z ich pomocą pięciokrotnie sięgała po tytuł mistrza Polski.
Nic dziwnego, że pojawiały się zagraniczne propozycje. Wiadomości przysyłali działacze z Niemiec, Szwajcarii, a najbardziej kusząca przyszła z Pragi, gdzie oferowano mu studia i grę w klubie. Marchewczyk pozostał jednak wierny Krakowowi i „Pasom”.
– Nie wyobrażałem sobie życia w innym mieście, a tym bardziej w innym kraju – wspominał po latach.
Marchewczyk należał do filarów reprezentacji Polski. Rozegrał 61 spotkań i zdobył 20 bramek. Choć sam mówił, że meczów mogło być więcej.
Jeśli mnie pamięć nie myli, to grałem już około 90 razy w barwach Polski, a na pewno 96 razy nosiłem koszulkę z Białym Orłem. Jednak nie wszystkie mecze były spotkaniami oficjalnymi.
Trzykrotnie wystąpił na igrzyskach olimpijskich: w Lake Placid (1932), Garmisch-Partenkirchen (1936) i St. Moritz (1948). Był też uczestnikiem mistrzostw świata i Europy.
Dla polskiego hokeja były to lata trudne. Rywalizacja z potęgami, brak profesjonalnego zaplecza były nie lada problemem. A jednak dzięki takim zawodnikom jak Marchewczyk Polska zapisała się w światowych kronikach hokeja.
Sportową karierę przerwała mu wojna. Mimo represji i zakazów, nigdy nie porzucił hokeja. Po wojnie powrócił do gry. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi mieć w życiu alternatywę, dlatego w 1947 roku ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą, zdobywając dyplom inżyniera. Jako architekt miał udział w tworzeniu krakowskiego sztucznego lodowiska przy ul. Siedleckiego, otwartego w 1961 roku.
W 70-lecie sekcji hokejowej Cracovii kibice przyznali mu tytuł najlepszego hokeisty w historii klubu. Odebrał nagrodę ze łzami w oczach.
– Nie sądziłem, że ktoś jeszcze o mnie pamięta. Minęło przecież tyle lat… Ale widzę, że było warto.
Marchewczyk znany był z uporu, lojalności i skromności. Gdy w czasach gimnazjalnych nie wolno było uczniom grać w klubach sportowych, występował pod pseudonimami, jako Majewski czy Trzesiewicz. Trzykrotnie wyrzucano go ze szkoły, ale nigdy nie zrezygnował ze sportu.
– Moje pokolenie miało potrzebę ruchu, wyżycia się, jak dziś byśmy powiedzieli – samorealizacji – wspominał.
Czesław Marchewczyk nie tylko pisał piękne karty historii hokeja, ale i swoją postawą pokazywał, że sport to coś więcej niż rywalizacja. Zmarł w 2003 roku. Został pochowany na cmentarzu wojskowym przy ul. Prandoty. Nie zapomniał o nim Kraków. W marcu 2013 rada miasta nazwała jego imieniem plac w dzielnicy Grzegórzki w okolicach lodowiska Cracovii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz