ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

poniedziałek, 1 września 2025

„NASI UKRAIŃCY, ZWANI BANDEROWCAMI, Z PRZERAŻAJĄCYM OKRUCIEŃSTWEM MORDOWALI DZIECI”



Mowa o ukraińskich dzieciach. To cytat z kolejnej partii „dokumentów i wspomnień” z książki przygotowanej do druku przez świętej pamięci Petra Makarenkę:

„we wsi nasi Ukraińcy, zwani banderowcami, z przerażającym okrucieństwem zabijali, mordowali i palili żywcem w domach nasze kobiety, dzieci i mężczyzn”

ILUSTRACJA nr 1: Weterani UPA już dawno pokazali swoje twarze w świetle dnia. Ale przecież ktoś te kilkanaście tysięcy ukraińskich dzieci wymordował. Wiemy, że to banderowcy byli dzieciobójcami,

„BANDEROWCY CHWYTALI SIĘ WSZYSTKIEGO, ŻEBY TYLKO ZABIĆ CZŁOWIEKA”

Ten „banderowski karnawał śmierci” skierowany przeciwko ludności ukraińskiej osiągnął takie rozmiary, że nie wykształceni ukraińscy wieśniacy interpretowali „dyscyplinujący” ich, stosowany z zimną krwią masowy terror, jako niezrozumiałą żądzę uśmiercania ludzi:

„Mój ojciec został zabity niedaleko od domu. Banderowcy chwytali się wtedy każdego jakiegokolwiek nieostrożnego słowa jak patyka, żeby tylko zabić człowieka. W tamtych czasach kładłeś się spać i modliłeś się do Boga, żeby dożyć do rana, a jeśli dożyłeś do rana, modliłeś się, żeby dożyć do wieczora. Ludzie męczyli się w ten sposób niejeden rok. Zanim zabili mojego ojca, to jeszcze zabili dziadka Hali Hlibychy, a potem banderowcy bili córkę dziadka drewnianymi pałami dopóki nie umarła”

„POSTANOWILI ZABIĆ CAŁE RODZINY”

Strzelali w ukraińskich domach do ukraińskich dzieci:

„banderowcy postanowili zabić ich całe rodziny.

Jednej nocy, gdy jeszcze był śnieg, stukają do okna: „Otwieraj”. Matka nie otwiera, ale natychmiast usłyszałem, jak poleciały stłuczone szyby, wtedy matka poszła i otworzyła drzwi. To ja z przerażenia zebrałem się i schowałem pod piecem. Przez okno zobaczyłem konie i banderowców, chodzących po ulicy. Wchodzą do domu i od razu rozstrzeliwują matkę. Moja młodsza siostra wdrapała się na piec i do niej też wystrzelili. Jeszcze młodsza siostra stała zdezorientowana na środku domu. Wystrzelili jej w głowę, kula przeszła przez język i wyrwała szczękę. Czteroletni Iwanko również wdrapał się na piec, ale padł od kuli. On zsunął się tu, gdzie ja leżałem w kryjówce. Słyszałem, jak bulgoce tryskającą krew mojego braciszka. „No, to wszystko, policzyliśmy się z nimi” – powiedział ktoś, i oni wyszli […] Tej nocy zabili w innych domach osiem dusz, kobiet i dzieci”

„Weźmy choćby banderowców, swoi ludzie, ze swojej lub sąsiedniej wsi, wszyscy się nawzajem znają, a oni przyjdą do domu i zabiją dzieciarnię. Pamiętam na początku kwietnia 1944 r. banderowcy zabili tu całe rodziny. Widziałem pomordowane maleńkie dzieci, rzucano je na ziemię z taką siłą, że pękał brzuch i kiszki wylatywały”

BANDEROWSKIE OBŁAWY NA UKRAIŃSKIE KOBIETY I DZIECI

„wróciłem do wsi. W pobliżu czwartego domu leżała zamordowana kobieta i jej córka, dwóm chłopczykom udało się uciec. Z nimi rozliczali się za to, bo jej mąż, a ich ojciec, był na froncie. Niedaleko od nas mieszkał siwowłosy staruszek, nazywali go Cwej, on zawsze przesiadywał na piecu. Jego też zabili i wywlekli z domu. Widziałem go leżącego ze spalonymi nogami. Podczas drugiego ataku na wieś uciekałem z moim czternastoletnim towarzyszem. Gdy tylko wyrwaliśmy się z okrążenia, on upadł między wyorane bruzdy, a ja pobiegłem dalej. Kiedy banderowcy spalili połowę wsi, która liczyła siedemdziesiąt domów, i zabili wszystkich tych zaplanowanych do zabicia, to wracając do lasu zauważyli mojego towarzysza leżącego w bruździe i tam go zastrzelili. Widziałem też ojca z synem uciekających do lasu, ich także zastrzelili”

KOLABORANCI HOLOKAUSTU W UPA

„W wiosce był wujaszek, którego nazywali Metel. Kiedy w 1939 roku przyszli Sowieci, był sprzedawcą, a kiedy dwa lata później przyszli Niemcy, wstąpił do policji.
To on z Myronem z Rudni zabrali Żyda, który sprzedawał w naszym sklepie, i innego wujaszka, który w czasach radzieckich pracował jako agent finansowy, zaprowadzili ich na cmentarz i zastrzelili. My, chłopaki, pobiegliśmy popatrzyć, i zobaczyłem krew spływającą z przestrzelonej dłoni jednego z zabitych mężczyzn, którą zakrywał twarz. Potem ci policjanci poszli do banderowców, i tam oni zginęli”

ŚWIADKOWIE PRZECIWKO ZAKŁAMYWANIU HISTORII

ILUSTRACJA nr 2: Prawda zawarta w relacjach naocznych ukraińskich świadków jest jak wyrzut sumienia dla „profesjonalnych historyków”. Dlatego lubują się w tekstach propagandowych, uzasadniających i/lub zakłamujących każde bestialstwo.

„nie wiem, po co było tych Polaków niszczyć. Oni tak samo gospodarzyli jak my, niechby sobie żyli, po prostu nie wiem, komu oni przeszkadzali”

„Podczas wojny było wiele kłamstw. […] Dlaczego ani Rosjanie, ani Białorusini, ani Polacy nie dopuszczali się takich bestialstw wobec swoich narodów, tylko my, Ukraińcy. Potem banderowcy zaczęli się nawzajem zabijać i dusić. Teraz w szkole uczą dzieci czegoś zupełnie innego, rzekomo te bestialstwa popełniali komuniści i eNKaWuDziści, a o banderowcach ani słowa, ani pół słowa”

SIEDEMNASTA CZĘŚĆ KSIĄŻKI NIEPOŻĄDANEJ NA UKRAINIE

„Nr 3

1945, 11 listopada — Załącznik do uchwały Prezydium Rówieńskiego Komitetu Obwodowego KP(b)U „W sprawie planu działań w celu wykonania decyzji KC KP(b)U z dnia 30 października 1945 r. o likwidacji resztek band nacjonalistów ukraińsko-niemieckich w obwodzie rówieńskim”

Załącznik do punktu 18 protokołu nr 62.

Plan

przedsięwzięć operacyjnych w celu ostatecznej likwidacji grup bandyckich nacjonalistów ukraińsko-niemieckich działających na terenie obwodu rówieńskiego.

W rejonie stepańskim. Bojówka SB „Kuczera”.
Bojówka SB „Kuczera” w składzie 5 osób, z uzbrojeniem: automatów — 4, karabin — 1, granaty, operuje na terytorium rad wiejskich: Kryczylskiego i Korostiańskiego.
Ustalono skład osobowy jednostki SB. Komendantem jednostki SB „Kuchera” jest Kułesz Danył Hryhoriewycz, urodzony w 1921 roku, urodzony i zamieszkały we wsi Kryczylsk w rejonie stepańskim.
Bojówkę SB rozpracowują agenci „Tichonow” i „Ditow”.
W celu likwidacji tej bojówki podjęto następujące przedsięwzięcia:
Ze składu jednostki Wojsk Wewnętrznych NKWD wydzielono 15-osobową grupę poszukiwawczo-szturmową pod dowództwem oficera Rodżabowa.

W celu przeprowadzenia działań operacyjnych do wspomnianej grupy wojskowej przydzielono pracownika operacyjnego Stiepanowa.
Naczelnika Stepańskiego RO NKWD, zgodnie ze sporządzonym planem przedsięwzięć agenturalno-operacyjnych w celu likwidacji wspomnianej bojówki, zaopatrzyć w instrukcje i
dokładnie poinstruować starszego dowódcę wojskowego i pracownika operacyjnego o szczegółach planu i przedsięwzięciach podjętych w związku z jego realizacją – najpóźniej do 13.11.1945 r.
Ustalić termin likwidacji bojówki SB „Kuczera” na 27.11.1945 r.
Naczelnik Zarządu NKWD w Obwodzie Rówieńskim, generał-major
(W. Trubnikow)”

Wieś Dworeć, rejon Sarneński
Andrijuk Hałyna, urodzona w 1930 r.

„Moja matka zmarła w 1936 roku, ja wtedy jeszcze nie chodziłam do szkoły. Ojciec wziął nam macochę aż spod Równego,i jeszcze urodziło się im troje dzieci.
We wsi Dworeć było około dziesięciu polskich domów. Tam, gdzie leśnictwo, też były 4 domy polskie, a także około dziesięciu domów osadników. Oni mieli broń i chodzili z szablami przy boku. Nie wiem, gdzie się oni podziali. A część ludzi cywilnych zabili i spalili banderowcy, a część uciekła do Huty.
Ojca na front nie zabrali, ale władze mianowały go dziesiętnikiem.
Stiepan, mąż Marynoczki Popczykowej, doniósł o tym w Stepaniu swojemu bratu, który był głównym katem u banderowców.

Mój ojciec został zabity niedaleko od domu. Banderowcy chwytali się wtedy każdego jakiegokolwiek nieostrożnego słowa jak patyka, żeby tylko zabić człowieka. W tamtych czasach kładłeś się spać i modliłeś się do Boga, żeby dożyć do rana, a jeśli dożyłeś do rana, modliłeś się, żeby dożyć do wieczora. Ludzie męczyli się w ten sposób niejeden rok. Zanim zabili mojego ojca, to jeszcze zabili dziadka Hali Hlibychy, a potem banderowcy bili córkę dziadka drewnianymi pałami dopóki nie umarła, akurat w tym czasie ludzie święcili paschę na Wielkanoc. Och, życie było straszne, w ciągu miesiąca moi trzej bracia zginęli na froncie, a mój ojciec zginął w domu. Z naszej wioski wśród banderowców nie było nikogo, ponieważ Sowieci zdołali zabrać wszystkich na front. Nigdy nie wyszłam za mąż, a w wieku 40 lat adoptowałam sobie dziewczynkę, i tak żyjemy do dziś.”

Wieś M. Mydśk, rejon kostopolski.

Demkowycz.

„W 1944 roku poszedłem na front, a kiedy wróciłem z wojny, dowiedziałem się, jak we wsi nasi Ukraińcy, nazywani banderowcami, z przerażającym okrucieństwem zabijali, mordowali i palili żywcem w domach nasze kobiety, dzieci i mężczyzn. Kiedy w 1941 roku przyszli Niemcy, nasi Ukraińcy poszli do nich służyć w policji. Później zaczęli czepiać się Polaków mieszkających w chutorach wokół Stepana. Z Ledna i Jelnyka to nawet zabili parę osób. A już w 1943 roku, gdzieś w czerwcu, zaczęli zabijać Hutę, spalili wszystko, i spalili sanatorium, w którym leczyli się ludzie z całego świata.

Banderowcy zabierali także mężczyzn z naszej wsi. Za broń służyły widły i łopaty. W Hucie byli też radzieccy partyzanci, ale jakoś nie mogli zawrzeć sojuszu i Polacy pozostali sami. Huta została doszczętnie spalona, a wielu ludzi zabito. Polacy zabili jednego mężczyznę z Mydśka. Banderowcy w naszej wsi zamordowali nawet sto osób, głównie dzieci od wieku niemowlęcego do starszych, oraz kobiet. Organizatorami tych krwawych akcji byli bracia Stupniccy ze wsi Rudnia. Ostatnio Polacy przyjeżdżali do wsi i pytali o Stupnickich. Z nich już dawno nikogo nie ma, bo zostali zniszczeni przez eNKaWuDzistów. Po prostu nie wiem, po co było tych Polaków niszczyć. Oni tak samo gospodarzyli jak my, niechby sobie żyli, po prostu nie wiem, komu oni przeszkadzali.

To wszystko zaczęło się od Hitlera, po co mu była ta Rosja, on chciał wykastrować naszych mężczyzn i wyhodować swoją rudą rasę. A jeszcze gdy w 1943 roku Niemcy szli przez wieś, ktoś zagrodził im drogę ściętymi drzewami. Za to oni spalili żywcem wielu ludzi. Pamiętam, że spalili księdza, mojego dziadka i moją babcię. To tych Niemców pod Cumaniu postrzelali radzieccy partyzanci, w tej bitwie mało kto z tych Niemców pozostał przy życiu. Opowiadali o tym nasi ludzie, którzy byli w obozie tych partyzantów.

Podczas wojny było wiele kłamstw. Weźmy choćby banderowców, swoi ludzie, ze swojej lub sąsiedniej wsi, wszyscy się nawzajem znają, a oni przyjdą do domu i zabiją dzieciarnię. Pamiętam na początku kwietnia 1944 r. banderowcy zabili tu rodziny. Widziałem pomordowane maleńkie dzieci, rzucano je na ziemię z taką siłą, że pękał brzuch i kiszki wylatywały. Dlaczego ani Rosjanie, ani Białorusini, ani Polacy nie dopuszczali się takich bestialstw wobec swoich narodów, tylko my, Ukraińcy. Potem banderowcy zaczęli się nawzajem zabijać i dusić. Teraz w szkole uczą dzieci czegoś zupełnie innego, rzekomo te bestialstwa popełniali komuniści i eNKaWuDziści, a o banderowcach ani słowa, ani pół słowa. Czyż nie dzieje się to samo dzisiaj w parlamencie? Szarpią się za klapy marynarek, rzucają jajkami, więc czy tak powinniśmy walczyć o Ukrainę?
2010 r., sierpień.”

Wieś M. Mydśk rejon kostopolski.

Romancew Mychajło, urodzony w 1929 r.

„Mój ojciec miał 6 hektarów ziemi, były konie, krowy, mieszkał na chutorze. Naszym sąsiadem był Polak Demski, był biedniejszy od mojego ojca. Polak miał dwóch synów, Franka i Felka, i córkę Myrcię. Pasłem z nią krowy, to jeszcze biegaliśmy do niej do domu, a jej matka nasypie nam trochę ziaren, i znowu biegliśmy do krów. Miałem ukończone trzy klasy w polskiej szkole. Potem przyszli Sowieci, gospodarzyliśmy tak jak za czasów Polski, potem w 1941 roku przyszli Niemcy, też gospodarzyliśmy bez żadnych zmian. Ale kiedy w 1943 roku zorganizowała się UPA, zaczęła się nieprzyjaźń między Polakami a Ukraińcami. Gdy tylko mój ojciec usłyszał, że na chutorach zabijają Polaków, natychmiast kazał Demskiemu zabierać się z rodziną do Huty.

Zalecał też, że trzeba iść tylko nocą, żeby ich nie złapali banderowcy. A żeby nie zostali zabici, to trzeba iść nie drogą, ale ukrytymi, tajemnymi ścieżkami. Patrzyłem, jak nasi sąsiedzi ładowali swoje niezbędne do życia rzeczy na furmankę. Wszyscy oni tak bardzo płakali, że ja też płakałem razem z nimi. Od tamtej pory nie widzieliśmy naszych sąsiadów i nie wiemy, jaki spotkał ich los. Po około tygodniu banderowcy zaczęli iść na Hutę. Widziałem ludzi idących ze wszystkich stron w kierunku Huty. Polacy bronili się przez trzy dni. Rannych i zabitych banderowców przywożono do naszej szkoły. U nas pochowano 8 ludzi. Każdą trumnę niosło 6 mężczyzn, a na cmentarzu, przed poległymi, mówca obiecał, że wypędzą polskich najeźdźców z ojczystej ziemi.

Po krwawej rozprawie z Polakami zaczęli chodzić po chutorze to banderowcy, to bulbowcy. Co prawda, nie dogadywali się ze sobą, bo banderowcy byli nacjonalistami, a bulbowcy demokratami. Jeden z bulbowców opowiadał, że banderowcy złapali w Stepaniu 17 bulbowców i wyprowadzali pojedynczo na przesłuchania, ale on nigdy więcej ich nie zobaczył. Jeden z moich znajomych służył w ochronie osobistej Tarasa Bulby Borowcia. To on opowiadał, że kiedy przyszli Sowieci, Bulba rozkazał wszystkim żołnierzom rozejść się do domów, bo nie ma sensu walczyć z armią, która rozgromiła faszyzm.

Kiedy w 1944 roku władzę przejął rząd radziecki, do naszej wsi przybył garnizon. Okrążyli wieś i zapędzili wszystkich mężczyzn do szkoły, aby zorganizować zebranie, na którym mieli wybrać przewodniczącego rady wiejskiej. Zapamiętałem nawet, że przemawiał starszy lejtnant Gołubienko, członek eMGeBista. Zapytał ludzi, kogo chcą na przewodniczącego rady wiejskiej, a wszyscy krzyczeli: „Demka! Demka!”. Tak mój ojciec został wybrany na przewodniczącego i z tego się wszystko zaczęło. W Rudni mieszkało trzech braci banderowców o nazwisku Stupnicki, a ich ojca eNKaWuDziści zabrało do aresztu w Stepaniu. Pewnej nocy obudziło mnie stukanie do okna. To banderowcy przyszli do mojego ojca, było ich około sześciu, nie pozwolili mi zapalić światła.

Bracia Stupniccy powiedzieli ojcu: „Naszego ojca zabrali Sowieci, więc idź do Stepania i powiedz im, żeby go uwolnili”. A ojciec odpowiedział: „Jak mogę prosić o coś takiego rejonowego eNKaWuDzistę?”. Kiedy upierali się, że to absolutnie koniecznie trzeba zrobić, ojciec powiedział, że będą większe szanse, jeśli pójdą do Stepania we dwóch, razem z wielkim przewodniczącym miasta. Stupniccy powiedzieli ojcu tak, że kiedy przyjdziecie do NKWD, to powiecie, że jeśli nie wypuszczą naszego ojca, to my zabijemy za to przewodniczących rad wiejskich. Kiedy ojciec z tym przewodniczącym opowiedzieli o wszystkim w NKWD, to ci podejmują decyzję – uwolnić dziadka.

Potem banderowcy zaczęli przychodzić do mojego ojca z różnymi sprawami. Ojciec zobaczył, że znalazł się między młotem a kowadłem. Bo albo Sowieci wsadzą do więzienia za fałszywe zaświadczenia, albo swoi zabiją za odmowę wydawania fałszywych zaświadczeń. Ojciec zaczął się ukrywać w nocy, śpiąc w stajni pod żłobem. Ale ojciec nie mógł się już dłużej ukrywać, bo szukali go także w ciągu dnia, więc postanowił uciec do Stepania i przeczekać trudne czasy. Z ojcem uciekło jeszcze dwóch mężczyzn. Więc banderowcy postanowili zabić ich całe rodziny.

Jednej nocy, gdy jeszcze był śnieg, stukają do okna: „Otwieraj”. Matka nie otwiera, ale natychmiast usłyszałem, jak poleciały stłuczone szyby, wtedy matka poszła i otworzyła drzwi. To ja z przerażenia zebrałem się i schowałem pod piecem. Przez okno zobaczyłem konie i banderowców, chodzących po ulicy. Wchodzą do domu i od razu rozstrzeliwują matkę. Moja młodsza siostra wdrapała się na piec i do niej też wystrzelili. Jeszcze młodsza siostra stała zdezorientowana na środku domu. Wystrzelili jej w głowę, kula przeszła przez język i wyrwała szczękę. Czteroletni Iwanko również wdrapał się na piec, ale padł od kuli. On zsunął się tu, gdzie ja leżałem w kryjówce. Słyszałem, jak bulgoce tryskającą krew mojego braciszka. „No, to wszystko, policzyliśmy się z nimi” – powiedział ktoś, i oni wyszli. Wyszedłem spod pieca i zobaczyłem, że siostrzyczki jeszcze żyją.

Najlepiej jak potrafiłem, założyłem im opatrunki i poprowadziłem przez ogrody do ciotki i wujka. Siostrzyczki z tego strachu i przerażenia jeszcze były w stanie ruszać nogami. Nie zostaliśmy u wujka długo, jeszcze po ciemku przenieśliśmy się z powrotem do nas do domu. Wujek powiedział, że jeśli zostaniecie u mnie, to mojej rodziny jutro także nie będzie na tym świecie. W ciągu dnia zebrali się krewni, przemywali rany samogonem. Pochowali moją matkę i Iwana w jednej trumnie i zanieśli na cmentarz. Gdy wracali z cmentarza, podjechało dwóch banderowców konno, w wojskowych kożuchach, z automatami. Jeden z nich zapytał: „No i co, pochowaliście ich?” – zawrócili i odjechali. Tej nocy zabili w innych domach osiem dusz, kobiet i dzieci. Kiedy przybył garnizon, rannych zabrano do szpitala. Banderowcy przysyłali wezwania młodym mężczyznom, aby szli do lasu i walczyli z Sowietami. Ci, którym się udawało, to uciekali od tej biedy, zarówno całymi rodzinami, jak i pojedynczo, niektórzy do Stepania, inni do Derażnego.

Mieszkałem już u wujka, bo dom był spalony, a we wsi mieszkali w osobnym domu strybki [członkowie Istriebitielnych Batalionów], dla samoobrony wsi. Wokół domu były wykopane okopy. Pod wieczór te strybki poszły do W. Mydśka, a w nocy banderowcy otoczyli wieś i zaczęli atakować, strzelając z rakietnic i oświetlając terytorium, tak żeby nikt nie mógł wyrwać się ze wsi. Mój wujek ukrył swoją rodzinę w schronie w ogrodzie, a my z nim zaczęliśmy przebijać się z okrążenia. Jakimś cudem udało nam się prześliznąć, a kiedy się odwróciłem, wieś już płonęła ze wszystkich stron. Strzelano długo i w naszej wsi, a potem we wsi W. Mydśk.

Kiedy się rozwidniło, wróciłem do wsi. W pobliżu czwartego domu leżała zamordowana kobieta i jej córka, dwóm chłopczykom udało się uciec. Z nimi rozliczali się za to, bo jej mąż, a ich ojciec, był na froncie. Niedaleko od nas mieszkał siwowłosy staruszek, nazywali go Cwej, on zawsze przesiadywał na piecu. Jego też zabili i wywlekli z domu. Widziałem go leżącego ze spalonymi nogami. Podczas drugiego ataku na wieś uciekałem z moim czternastoletnim towarzyszem. Gdy tylko wyrwaliśmy się z okrążenia, on upadł między wyorane bruzdy, a ja pobiegłem dalej. Kiedy banderowcy spalili połowę wsi, która liczyła siedemdziesiąt domów, i zabili wszystkich tych zaplanowanych do zabicia, to wracając do lasu zauważyli mojego towarzysza leżącego w bruździe i tam go zastrzelili. Widziałem też ojca z synem uciekających do lasu, ich także zastrzelili.

Pamiętam, jak w 1943 roku Niemcy spalili ponad sto osób we wsi W. Mydśk.
Może i nikogo by nie tknęli, ale banderowcy oddali do nich kilka strzałów z karabinów z uroczyska „Liski” i uciekli. A po drugiej stronie wsi zablokowali drogę zwalonymi drzewami. Kiedy Niemcy zobaczyli, że strzelają do nich z jednej strony wsi, a droga jest zablokowana z drugiej, uznali, że to miejscowi partyzanci i przeprowadzili we wsi akcję karną.
W wiosce był wujaszek, którego nazywali Metel. Kiedy w 1939 roku przyszli Sowieci, był sprzedawcą, a kiedy dwa lata później przyszli Niemcy, wstąpił do policji.
To on z Myronem z Rudni zabrali Żyda, który sprzedawał w naszym sklepie, i innego wujaszka, który w czasach radzieckich pracował jako agent finansowy, zaprowadzili ich na cmentarz i zastrzelili. My, chłopaki, pobiegliśmy popatrzyć, i zobaczyłem krew spływającą z przestrzelonej dłoni jednego z zabitych mężczyzn, którą zakrywał twarz. Potem ci policjanci poszli do banderowców, i tam oni zginęli.

Po kilku banderowskich akcjach karnych pozostawanie we wsi było zbyt straszne, więc uciekłem do Stepania i w zamian za jedzenie wypasałem 6 krów należących do stepańskiej milicji. Zabrali te krowy banderowcom. Po wojnie dali mi konie, i woziłem sędziego i komornika po okolicy. Na nas także banderowcy napadali dwa razy, a sędziego nawet zranili w rękę.”

Brak komentarzy: