Kapitan Mikołaj Deppisz, dowódca francuskiego okrętu-pułapki „Cap des Palmes” wspominał:
„Płyniemy wzdłuż Wielkiej Rafy Koralowej - wachta na mostku była pełniona zgodnie z obyczajem panującym na okręcie w warunkach bojowych. Stojący na skrzydle mostka jako obserwator młody Papuas, Beitu Tenarii, dostrzegł torpedę płynącą w kierunku burty statku. - Torpeda z prawej! - krzyknął. - Prawo na burtę - podał natychmiast komendę oficer wachtowy. Okręt powoli zaczął obracać się w prawo. Dziesiątki par oczu obserwowało bieg torpedy. Dziób okrętu skręcający w prawo powoli zbliżał się do toru siejącej zniszczenie długiej lancy, jak nazywali japońskie torpedy Amerykanie.
Wszyscy wstrzymali oddech, uderzy w dziób statku, czy minie go? Podłużne cygaro przemknęło z ogromną szybkością kilka metrów od stewy dziobowej. Cała załoga odetchnęła z ulgą, czujność obserwatora uratowała okręt. Operator asdiku namierzał podwodnego pirata. Strzelamy bomby głębinowe. Salwa za salwą leciały do wody beczki wypełnione trotylem. Wybuchy wstrząsały kadłubem okrętu. Japończyk zmieniał kurs, zwiększał szybkość i głębokość zanurzenia, kluczył, by się ratować. W wirach stworzonych przez wybuch bomby ukazała się duża plama oleju. Czy był to koniec podwodnego pirata? Sygnały asdika penetrowały głębię oceanu, nie wychwytując żadnego dźwięku. - Straciliśmy kontakt, a może jednak zatopiliśmy Japończyka - powiedziałem głośno, by zebrana obsada mostka miała powód do satysfakcji.
Zwarte kłębowisko pierzastych chmur zasłaniało połowę widnokręgu. Zachodzące słońce ubarwiało paletą barw cały horyzont tworząc barwne widowisko. Nagle spoza chmur wynurzył się samolot. Nasz czy wróg? Samolot obniżył lot w kierunku okrętu pokazując czerwone koło wymalowane na kadłubie. To japoński myśliwiec Mitsubishi "Zero". Pilot zauważył łatwy łup, wykonał zakręt przez skrzydło i długą serią z karabinów maszynowych poczęstował kadłub statku. Szyby na mostku zostały wybite od kul, raniąc trzeciego oficera. Japończyk zrobił zwrot przez prawe skrzydło, by ponownie zaatakować, w przekonaniu pilota, nieuzbrojony statek handlowy.
Tym razem cała nasza artyleria pokładowa przywitała napastnika skoncentrowanym ogniem. Widząc to Japończyk zrobił unik i zanurkował nad samą wodę. Ten manewr uratował go przed przymusową kąpielą w morzu. Po pewnym czasie obserwator melduje, wskazując ręką przed dziób okrętu, kilkanaście kreseczek lecących w naszym kierunku. Jeśli to Japończycy, będzie gorąco, pomyślałem. Samoloty zbliżają się. Pierwszy nurkuje nad nasz mostek nawigacyjny. Biała gwiazda na skrzydłach i znajomy kształt kadłuba - to średni bombowiec amerykański North American B-25 Mitchell. Wymieniamy sygnały, by lotnicy wiedzieli, kogo mają pod sobą. Pomachali skrzydłami w geście pozdrowienia, zmieniając kurs ku nakazanym celom.”
---
Komandor ppor. rezerwy i kapitan ż. w. Mikołaj Deppisz to postać niezwykle barwna i wielce sympatyczna. Urodził się 23 grudnia 1889 roku w Rosji. Ukończył Korpus Kadetów w Orle, Petersburską Szkołę Podchorążych Marynarki Wojennej, a także był absolwentem szkoły inżynieryjnej. Przed wybuchem bolszewickiej rewolucji służył jako adiutant rosyjskiego admirała. W czasie wojny domowej w Rosji, jako oficer marynarki wojennej, nieraz balansował na krawędzi utraty życia.
W okresie międzywojennym, już w odrodzonej Rzeczypospolitej, pływał jako drugi oficer na statku "Premjer", a później na statkach pasażerskich – "Polonia", "Kościuszko" i "Pułaski". Jako szyper na dzierżawionym kutrze „Cecylia” (GDY 35) łowił homarce u wybrzeży Danii, jednocześnie parając się przemytem. Właśnie na łowiskach w rejonie Skagerraku zastał kapitana Deppisza wybuch II wojny światowej. Dowodząc maleńką flotyllą trzech polskich kutrów, najpierw poprowadził je do portu w Göteborgu, a następnie na pokładzie swojej "Cecylii" popłynął do Bergen, skąd było bliżej do polskiej floty, operującej już z baz w Wielkiej Brytanii.
W toku wojny, po kapitulacji Francji, kapitanowi Deppiszowi udało się wyprowadzić z marokańskiego Port Lyautey dwa polskie okręty: transportowiec ORP "Wilia" i żaglowiec szkolny ORP "Iskra".
Ponieważ po perypetiach z "Wilią" i "Iskrą" kapitan Mikołaj Deppisz pozostał bez przydziału, bez wahania skorzystał z nadarzającej się okazji i przeszedł do służby we flocie Wolnej Francji generała Charlesa de Gaullea. Początkowo otrzymał stanowisko oficera obrony przeciwlotniczej na starym pancerniku "Courbet", zakotwiczonym u wejścia do brytyjskiej bazy morskiej w Portsmouth. Pancernik pełnił tam funkcję nawodnej baterii obrony przeciwlotniczej.
Kapitan Deppisz ze swoimi ludźmi przez pięć i pół miesiąca odpierali ataki niemieckich bombowców. Na konto przeciwlotników "Courbeta" miano wówczas zaliczyć strącenie 28 samolotów nieprzyjaciela. Po zestrzeleniu ostatniej z maszyn, w przerwie między nalotami, okręt wizytował de Gaulle. Kapitan Mikołaj Deppisz odebrał od niego gratulacje za wzorową służbę. Zapadła wówczas decyzja o zmianie przydziału dla walecznego Polaka i zaproponowano mu wzięcie udział w zadaniach specjalnych, realizowanych przez niewielką flotę Wolnej Francji.
Deppisz został wówczas dowódcą krążownika pomocniczego – uzbrojonego bananowca "Cap des Palmes". Na pokładzie tej jednostki walczył u boku amerykańskiej US Navy na Pacyfiku przeciwko Japonii. Z tego właśnie okresu pochodzą cytowane na początku wspomnienia.
***
Na fotografii jednostka, którą we flocie Wolnej Francji dowodził kapitan Mikołaj Deppisz - "Cap des Palmes".
(Domena publiczna)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz