Miasto to dla mnie przestrzeń nienaturalna, wroga i niewygodna. Oto, czego w nim nie akceptuję:
– Hałas: nieustanny szum samochodów, tramwajów, karetek, ludzi. Życie w ciągłym podniesionym tonie.
– Światło: brak ciemności. Latarnie, neony, okna bloków świecące całą noc – człowiek nie ma prawa do nocy.
– Powietrze: duszne, przefiltrowane przez rury wydechowe, śmieci i spaliny.
– Brak przestrzeni: wszystko jest zabetonowane, ściśnięte, zorganizowane pod kątem "optymalizacji powierzchni", nie pod kątem życia.
– Sztuczność relacji: tysiące ludzi, a zero wspólnoty. Uśmiech jest albo interesowny, albo podejrzany.
– Tempo: wszyscy gdzieś biegną, ale nikt nie wie po co. Napięcie na twarzach, nerwowość w ruchach.
– Brak samowystarczalności: żeby zjeść jajko, trzeba iść do sklepu. Żeby wypić mleko, trzeba mieć aplikację i kod rabatowy. Kiedy powinno być kurde prosto od krowy.
– Zależność od systemów: prąd, transport, śmieciarka, internet – bez tego miasto staje się niezdolne do życia.
– Zanik rytmu natury: pory roku są dekoracją witryn sklepowych, a nie rzeczywistym doświadczeniem.
– Obecność obcych: zbyt wielu ludzi zbyt różnych, zbyt głośnych i zbyt tymczasowych.
– Przemoc symboliczna: reklamy, billboardy, szyldy – nie dają ci spokoju ani przez sekundę.
– Koszty: wszystko droższe, wszystko przemnożone przez „lokalizację”.
– Zanikanie tradycji: nic nie trwa. Wszystko podlega modzie, wszystko może być „zoptymalizowane” lub zburzone.
– Podporządkowanie ciału zbiorowemu: jednostka nic nie znaczy – jesteś tylko numerem w bazie, twarzą do kamery monitoringu.
Na wsi wszystko ma swój sens i swoje miejsce. W mieście człowiek musi codziennie udowadniać, że ma prawo istnieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz