Małżeństwo w chrześcijańskim świetle to nie tylko kontrakt, ale przymierze - sakrament, w którym Bóg staje się trzecim, nierozłącznym uczestnikiem. To więcej niż wspólne zamieszkanie, wspólne konto czy wspólne nazwisko. To zaproszenie Boga, aby On sam był fundamentem miłości, która ma nieustannie wzrastać, dojrzewać i oczyszczać się.
Małżeństwo w oczach wiary jest czymś o wiele większym niż umową dwojga ludzi. To misterium, w którym Bóg bierze glinę dwóch serc kruchych, poranionych, nieraz kapryśnych, i lepi z nich jedno naczynie. I choć w codziennym życiu to naczynie bywa porysowane lub przytłuczone przez konflikty i zmęczenie, to właśnie przez te rysy światło Boga przebija się najjaśniej.
Małżeństwo jest to laboratorium duszy, gdzie miłość codziennie poddawana jest próbie. To szkoła, w której człowiek odkrywa, że kocha naprawdę dopiero wtedy, gdy uczy się przebaczać więcej niż miał ochotę i trwać przy drugim, nawet gdy emocje dawno już minęły. Psychologia mówi o etapach miłości, o kryzysach, o przemianach więzi. Wiara odsłania jeszcze głębszy wymiar: że wszystkie te procesy stają się narzędziem Boga, by człowieka wydobyć z własnego „ja” i uczynić zdolnym do daru.
Chrześcijańskie małżeństwo to nieustanne umieranie. Małe śmierci w codzienności to rezygnacja z własnych planów, ustąpienie w kłótni, troska o współmałżonka wtedy, gdy nie masz już siły. Ale te śmierci egoizmu są bramą do życia dla miłości. Każde „umieram dla ciebie” staje się aktem zmartwychwstania miłości, która z dnia na dzień staje się mniej moją, a bardziej Bożą.
W małżeństwie człowiek doświadcza, że miłość to nie uczucie, lecz wybór. To decyzja, aby patrzeć na współmałżonka oczami Boga, nawet gdy po ludzku widzisz w nim tylko zranienia i słabości. To spojrzenie, które mówi: „Jesteś drogą, którą Bóg mnie zbawia. Jesteś lustrem, w którym widzę prawdę o sobie. Jesteś krzyżem, ale i zmartwychwstaniem mojego serca”.
Psychologicznie małżeństwo jest konfrontacją z własnym cieniem: odkrywaniem, że w drugim drażni cię to, czego nie chcesz zobaczyć w sobie. Duchowo to jednak także odkrycie, że ta sama rana, która boli, może stać się miejscem największego błogosławieństwa. Tam, gdzie po ludzku chcesz uciec, Bóg zaprasza do trwania, aby nauczyć się kochać nie „za coś”, ale „pomimo”.
Małżeństwo chrześcijańskie jest więc podróżą do głębi - w stronę krzyża, ale i w stronę nieba. To codzienna droga dwóch pielgrzymów, którzy idąc razem, uczą się, że prawdziwe szczęście nie polega na tym, by się wzajemnie posiadać, ale by razem należeć do Boga.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz