Z Archiwum Neptuna...
Ze Szczecinem na dziobie i rufie. Wyjątkowy rejs, jakiego nigdy nie było w powojennej historii polskiej floty handlowej.
Do portu wojennego w Gdyni-Oksywiu skierowano na początku czerwca 1958 roku statek s/s „Szczecin”. W kilka dni po zakończeniu załadunku na tę jednostkę, do bazy marynarki wojennej przypłynęły jeszcze parowce s/s „Gdynia” i s/s „Tczew”. Wszystkie pływały we flocie armatorskiej Polskiej Żeglugi Morskiej w Szczecinie.
Powracając do spedycji sprzętu wojskowego na s/s „Szczecin”, to ujawniły się już na początku trudności związane z brakiem fachowych umiejętności sztauerskich, jak też wynikające z potrzeby utajnienia całej operacji. Skrzynie z samolotami, każda ważąca ponad 12 ton, zostały umocowane na pokładzie. W każdej z nich znajdowały się rozebrane samoloty. Wiezione na deku przeobraziły się w dzisiejsze kontenery. Wówczas kapitan i jego oficerowie pokładowi nie podejrzewali nawet, że staną się prekursorami przewozów kontenerowych w polskiej flocie. Załadunek uzgadniany był na bieżąco z zastępcą dowódcy marynarki wojennej, komandorem Gereonem Grzenia-Romanowskim.
Dowódca parowca kpt ż.w. Bolesław Zbigniew Bąbczyński osobiście nadzorował załadunek sprzętu do ładowni oraz na pokład główny. Obliczył stateczność statku, a jednocześnie „rozrysował” plan ułożenia skrzyń i beczek z paliwem. Według specyfikacji ładunek dostarczano na bieżąco wagonami kolejowymi, ale szybko okazało się, że gabaryty a dokumenty to zupełnie inne wartości. Podobny problem stworzyły bomby lotnicze
20 czerwca przerwano prace. Zgodnie z tajnymi protokołami w dniu następnym dokonano z udziałem przedstawicieli wojska, Ministerstwa Handlu Zagranicznego, portu Gdynia i firmy Hartwig istotnych korekt wynikających z obaw o stan ładunku i jego wytrzymałość w czasie rejsu. W większości stanowiło to „wielką improwizację”, ale już w przypadku s/s „Gdynia”, który przypłynął kilka dni później, sytuacja była praktycznie opanowana, bo ładunek składowano podobnie.
W trakcie rozładunku statku s/s „Szczecin” w Indonezji okazało się jednak, że statek nie zabrał całości sprzętu zgodnie z ustaleniami i „tajną specyfikacją”.
Jako ciekawostkę w tym miejscu warto przytoczyć wspomnienia nieżyjącego już kapitana Zbigniewa Saka:
„W maju 1958 roku zamusztrowałem jako starszy oficer na parowiec s/s „Śląsk”. Po kilku dniach przed wyjściem statku w morze otrzymałem od kadrowego PŻM Stanisława Abęckiego polecenie zmiany statku, właśnie na s/s „Szczecin”, w tym samym charakterze. Wiedziałem tylko, że stoi on zacumowany w Gdyni i będzie nim dowodził kpt ż.w. Bolesław Bąbczyński. Żadnych informacji o porcie docelowym i ładunku. Po przybyciu na statek kapitan odmówił mi jakiejkolwiek informacji o rejsie, mówiąc krótko – Dowiesz się we właściwym czasie, a załodze przekaż, co uważasz za stosowne. Gdy udałem się do miejscowej restauracji na kolację, tamtejsze panienki, gdy dowiedziały się, że jestem z s/s „Szczecin” wykrzyknęły z radością – A to wy płyniecie do Indonezji z bronią! To był dla mnie szok. Po powrocie na statek powiedziałem o tym Bąbczyńskiemu. Zaniemówił z wrażenia, ale nie zaprzeczył.” ....
Na pokładzie jednostki do Surabai przewiezione zostało 15 dział przeciwlotniczych kalibru 37 mm i 19 kalibru 85 mm wraz z amunicją: 15 tysięcy skrzynek kal. 37 mm i 8,5 tysiąca skrzynek kal. 85 mm, 79 dział plot innego rodzaju, bomby lotnicze, 15 samolotów typu MIG (do załadunku przygotowano 17 MIG-ów, ale dwa nie zmieściły się na pokład), w skrzyniach o wys. 3,5 metra i wadze 12 ton. Warto też dodać, że na Szczecinie w jego słynnym rejsie do Surabai - jako asystent I oficera - brała udział późniejsza pani kapitan Danuta Walas-Kobylińska. To właśnie na tym statku przechodziła również swój chrzest morski. Na wyprawie do Surabai skorzystało też oliwskie zoo, bowiem zaraz po przypłynięciu do Polski załoga Szczecina podarowała placówce cztery małpki, które marynarze otrzymali w czasie egzotycznej podróży.
https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/56,34939,11370061,3_x_Szczecin_i_inne_nasze_ciekawe_statki__ZDJECIA_.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz