To była dekada, która wyrwała Polskę z powojennego odrętwienia i wprowadziła ją w epokę, której wielu nie potrafi dziś zrozumieć, bo patrzy na nią przez filtr współczesnych sporów. Gierek nie był cudotwórcą, lecz człowiekiem, który rozumiał, że państwo musi wreszcie przestać klepać biedę i zacząć działać jak gospodarz, a nie jak stróż pilnujący pustego podwórka.
W ciągu dziesięciu lat powstało ponad siedemset zakładów produkcyjnych. Nie były to papierowe projekty ani inwestycje widmo, lecz realne fabryki, które dawały pracę, budowały kompetencje i tworzyły przemysłową mapę kraju. Do tego doszło dwa i pół miliona mieszkań, w których do dziś żyją Polacy. Całe osiedla, szkoły, przychodnie, domy kultury, infrastruktura, która nie była luksusem, lecz fundamentem codzienności. To wszystko nie spadło z nieba. To był efekt decyzji, odwagi i przekonania, że rozwój nie jest abstrakcją, tylko obowiązkiem wobec przyszłych pokoleń.
Gierkowska dekada miała jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko mówi się w statystykach. Ludzie zaczęli żyć inaczej. W powietrzu było więcej nadziei niż strachu. W sklepach pojawiły się towary, w domach pojawiły się sprzęty, a w rozmowach pojawiło się poczucie, że jutro może być lepsze niż wczoraj. Bezrobocie nie istniało, bo każdy miał swoje miejsce w gospodarce. Życzliwość nie była gestem heroizmu, lecz normą społeczną. Sąsiedzi pomagali sobie bez kalkulowania zysków, a wspólnota nie była pustym słowem.
Konsekwencje tych rządów widać do dziś. Wciąż jeździmy drogami z tamtej epoki, wciąż korzystamy z energetyki, która wtedy powstała, wciąż mieszkamy w blokach, które miały być symbolem awansu społecznego. To nie jest legenda ani sentymentalna pocztówka z PRL. To jest materialny ślad po człowieku, który postanowił, że Polska nie może być krajem wiecznych zaległości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz