„PODOFICER” UPA = NAZISTOWSKI KOLABORANT Wołodymyr Kaczor:
„zapisałem się do policji ukraińskiej przy Komendzie Powiatowej w Przemyślu. Przy końcu miesiąca października 1941 r. przydzielono mnie na posterunek policji ukraińskiej we wsi Jawornik Ruski”
MORDERCY ŻYDÓW PŁACILI SKŁADKI NA OUN ?!
„Na posterunek do nas często zachodził „Czujnyj” (rejonowy organizacji [OUN] na tych terenach). Dawał nam literaturę do czytania. Raz w miesiącu dawaliśmy mu pieniądze na B-F. [Bojowy Fundusz] Nikt więcej do mnie nie zwracał się o to, żebym wstąpił do OUN i nikt inny nie dawał literatury do czytania”
„OCZYŚCIŁ” LWÓW Z ŻYDÓW, WSTĄPIŁ DO UPA
„w Jaworniku Ruskim byłem do 22.05.1942 r., potem pojechałem na kurs policyjny do Lwowa. Komendantem szkoły był setnik Kozak. Na kursie byłem do 1.10.1942 r.”
W czasie „pobierania nauk” przez Wołodymyra Kaczora u nazistów we Lwowie (wg Wikipedii) miały miejsce 3 duże akcje anty-żydowskie:
„błyskawiczna”, 24.06.1942, 6-8 tysięcy żydowskich ofiar;
„wielka”, sierpień 1942, 50 tysięcy lwowskich Żydów wysłano do obozu zagłady w Bełżcu;
zmniejszenie terytorium getta, 30.08.1942.
Autorzy Gabriel N. Finder i Alexander V. Prusin twierdzą, że „uczniowie” lwowskiej akademii policyjnej (a więc także Wołodymyr Kaczor) brali udział w Holokauście we Lwowie:
„Ukraińscy policjanci wyróżniali się we Lwowie, stolicy nacjonalistycznych aspiracji ukraińskich. Podczas Aktionen Niemcy wykorzystywali kilka ukraińskich oddziałów policji („komisariatów”), każdy składający się z około 30 mężczyzn. Każdą jednostkę nadzorowało od dwóch do trzech przedstawicieli Sipo. Te siły policyjne były powiększane przez kadetów ukraińskiej akademii policyjnej”
(Źródło: rozdział „Kolaboracja w Galicji Wschodniej. Policja ukraińska i Holokaust”, zbiór „OUN, UPA i zagłada Żydów”, pod redakcją Andrzeja A. Zięby.)
ILUSTRACJA nr 1: Getto żydowskie we Lwowie, wiosna 1942 r. W maju 1942 roku wiejski chłopiec ze wsi Drozdowice, Wołodymyr Kaczor, późniejszy „podoficer” UPA, przybył tu, aby wnieść swój „wkład” w uśmiercanie tych kobiet i dzieci na fotografii.
ILUSTRACJA nr 2:
Zadziwiające, że Grzegorz Motyka napisał swoją „Ukraińską partyzantkę” tak, jakby nie istniał duży zbiór „C”, iloczyn dwóch innych zbiorów:
„A” – uczestnicy Holokaustu
„B – uczestnicy OUN-UPA.
Istnienie zbioru „C” to fakt historyczny. Próby doprecyzowania, jak duży jest do zbiór, jak „ważne” były „elementy” zbioru „A” w hierarchii elementów zbioru „B”, nie są podejmowane przez zawodowych historyków, ośmielam się twierdzić, z powodów politycznych.
KTO NIE WIERZY
że „kapral” UPA „Ben” i „trybik” w hitlerowskiej machinie zagłady Żydów, ukraiński policjant Wołodymyr Kaczor to jedna i ta sama osoba, niech przeczyta
DOKUMENT ARCHIWALNY
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 174-179. Rękopis w języku ukraińskim. Dla nie znających języka ukraińskiego – oferujemy polskie tłumaczenie.
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 174. Strona 1.
„Sprawa nr .
Kaczor Wołodymyra
rojowego oddziału UPA 95
podejrzanego o dezercję.
Protokół.
Personalia: Kaczor Wołodymyr, pseudonim „Ben”, syn Stepana i Marii Mebys, rolnicy we wsi Drozdowice, powiat Przemyśl, ur. 20.07.1919 r. we wsi Stroniowice, powiat Przemyśl, grekokatolik, Ukrainiec, wykształcenie mała matura, za Polski do 1934 r., wolny, był członkiem towarzystwa „Proswita” we wsi Drozdowice, powiat Przemyśl, sądowo karany.
Sprawa:
Kaczor Wołodymyr, rojowy oddziału UPA 95, podejrzany o dezercję. Był wtajemniczony w to, że rojowy „Karmeluk” dobierał ludzi do dezercji z oddziału. Sam był członkiem [grupy] tych, którzy mieli iść z oddziału i nigdy o tym nie zameldował.
Zeznania:
W 6 roku życia rodzina moja przeprowadziła się z wsi Stroniowice, powiat Przemyśl, do wsi Drozdowice, powiat Przemyśl. Tam skończyłem 5 klas szkoły powszechnej. Dyrektorką szkoły była Polka Kamińska. Po skończeniu 5 klasy szkoły powszechnej poszedłem do gimnazjum państwowego z ukraińskim językiem nauczania w Przemyślu. Tam ukończyłem 4 klasy gimnazjum nowego typu (mała matura).
Siły nauczycielskie: w gimnazjum byli prawie [wszyscy] Ukraińcami, oprócz dwóch Polaków. Po ukończeniu 4 klas gimnazjalnych zapisałem się do „Państwowej Szkoły Technicznej” w Jarosławiu. To było w 1936 r. Do tej szkoły chodziłem 1 miesiąc. Tam uczęszczali prawie sami Polacy. Ukraińców w całej szkole było nas trzech. Utrzymanie w tej szkole kosztowało dosyć drogo. Ja nie miałem ochoty chodzić do tej szkoły, kierowałem się tym, że po ukończeniu tej szkoły można będzie szybko dostać pracę. Potem to przestało się podobać i przestałem do szkoły chodzić.
W dniu 1 października 1936 r. wstąpiłem do inżyniera Taubora w Przemyślu, który miał zakład: „Biuro elektro-inżynieryjne”. W tym biurze byłem do stycznia 1937 r. W lecie 1938 r. wspomniany inżynier wysłał mnie do elektrowni w Dobromilu. Tam byłem 3 miesiące i znowu wróciłem do Przemyśla.
Wspomniany inżynier dawał mi mały procent od sprzedaży aparatów radiowych. W styczniu 1939 r. wróciłem do rodziny do wsi Drozdowice.”
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 175. Strona 2.
„Z pracy odszedłem dlatego, że tam mi się już znudziło, i widać było przygotowania do wojny. Gdy wróciłem do wsi Drozdowice wstąpiłem do czytelni „Proswita”. Założyłem klub sportowy, w ramach którego na mecze wyjeżdżaliśmy do sąsiednich wsi. Wojna polsko-niemiecka zastała mnie w domu przy rodzinie. Niemcy w mojej wsi byli bardzo krótko.
Zaraz po wycofaniu się Niemców przyszli bolszewicy. Ludność bała się bolszewików, i każdy starał się zmienić swoje miejsce. Do mojej wsi przyjechał dyrektor Zubryj, który za Polski do 1939 roku był dyrektorem szkoły im. Szaszkewycza w Przemyślu. Wspomniany dyrektor powiedział mi, że w Przemyślu został utworzona „Dziesięciolatka”. A więc pojechałem do Przemyśla i wstąpiłem do 9 klasy. Na wiosnę 1940 r. wstąpiłem do pracy w D. S. P., wydział elektryczny, w Przemyślu. Pracę podjąłem tylko dlatego, żeby łatwiej dostać paszport (trójkę na paszporcie, którą dawali w strefie przygranicznej). Tej samej wiosny wraz ze swoim krajanem Ostryćkym Jewhenem poszedłem za San z zamiarem tam pozostania. Kiedy przeszedłem za San, na Zasanie, do swojego krajana Pruta, to ten zapytał mnie, czy chodzę do szkoły. Wspomniany Prut radził mi wracać do domu i skończyć szkołę. W tym czasie na Zasaniu szkół nie było, a Niemcy wszystko wywozili na zachód. Wróciłem znowu do domu i zacząłem znowu chodzić do szkoły, i do pracy w D. S. P.
O tym, że chodziłem za San, wiedzieli tylko w domu, a w szkole i w dyrekcji D. S. P. przedstawiłem, że byłem chory.
W czerwcu przed zakończeniem roku szkolnego miałem dużo nauki i nie poszedłem do pracy w D. S. P., i za to chcieli mnie ukarać. Udawałem chorego, poszedłem do Doktora Rindy na prześwietlenie. Wspomniany Doktor stwierdził, że mam serce ustawione poprzecznie. Zwolnili mnie z pracy w D. S. P. Ukończyłem 9 klasę. Na wakacje do rodziny nie pojechałem, tylko nadal pozostałem w Przemyślu. Złożyłem podanie o przyjęcie do pracy do kina (jak się nazywało, nie przypominam sobie, za Polski w tym miejscu [była] „Olimpia” na ul. Rejtana). W kinie zarabiałem 350 karbowańców miesięcznie, a w D. S. P. 140 karbowańców w dwa tygodnie. Po wakacjach znowu poszedłem do szkoły, do 10 klasy. Do 10 klasy chodziłem do połowy maja 1941 r. Kiedy szedłem do 10 klasy, to zostałem zwolniony z pracy w kinie. Klasy 10 nie chciałem kończyć, bo nie zależało mi na tym świadectwie. Wstąpiłem do pracy do mleczarni w Przemyślu. Dyrektorem mleczarni była wschodniaczka. Jak się nazywała, nie przypominam sobie. W mleczarni zarabiałem 700 karbowańców miesięcznie. Następnie przenieśli mnie do pracy w mleczarni we wsi Drozdowice. W tej mleczarni byłem zarządzającym i pracowałem do początku wojny niemiecko-bolszewickiej. Niemcy przyszli do mojej wsi 27.06.1941 r. Natychmiast wstąpiłem do miejscowej milicji we wsi Drozdowice. Komendantem milicji był Łazor Wasyl, a ja jego zastępcą. Wszystkich nas w milicji było 8-miu. Pilnowaliśmy porządku we wsi. Po kilku tygodniach poszedłem do ukraińskiej milicji w mieście Przemyślu, na ul. Nuworskiego 32. Komendantem był Małećkyj ze wsi Mityncia, powiat Przemyśl. Przy ukraińskiej milicji w Przemyślu byłem do czasu przyjścia policji polskiej do Przemyśla.”
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 176. Strona 3.
„To było gdzieś w miesiącu wrześniu 1941 r. Kiedy odszedłem z milicji, zacząłem handlować. Gdzieś po 3 tygodniach zapisałem się do policji ukraińskiej przy Komendzie Powiatowej w Przemyślu. Przy końcu miesiąca października 1941 r. przydzielono mnie na posterunek policji ukraińskiej we wsi Jawornik Ruski, powiat Przemyśl. Gdy przyjechałem do wsi Jawornik Ruski, zastałem tam „Karmeluka”, który był wtedy zastępcą komendanta posterunku, a komendant Paraszak wyjechał do Przemyśla. Po kilku dniach dołączył policjant Jacek Osyp, Masnyk Osyp i Masztalir Wołodymyr. Po miesiącu czasu dołączył jeszcze Wełykyj Wołodymyr. Do miejscowej ludności będąc w ukraińskiej policji odnosiłem się dobrze. Na posterunek do nas często zachodził „Czujnyj” (rejonowy organizacji na tych terenach). Dawał nam literaturę do czytania. Raz w miesiącu dawaliśmy mu pieniądze na B-F. [Bojowy Fundusz?] Nikt więcej do mnie nie zwracał się o to, żebym wstąpił do OUN i nikt nie dawał literatury do czytania. O tym, że na tych terenach byli zorganizowani ludzie, orientowałem się dzięki „Czujnemu”. Policyjnych obowiązków w pełni nie wykonywałem. Zwracałem uwagę na miejscową ludność i nie chciałem jej szkodzić. Jakie były poglądy komendanta Paraszaka nie wiem. Potem na [stanowisko] komendanta przyszedł Dljaboga. Dljaboga miał poglądy melnikowskie. O tym [wiem, bo] zauważyłem u niego melnykowską literaturę. Na posterunku w Jaworniku Ruskim byłem do 22.05.1942 r., potem pojechałem na kurs policyjny do Lwowa. Komendantem szkoły był setnik Kozak. Na kursie byłem do 1.10.1942 r. Wtedy wróciłem znowu do Jawornika Ruskiego, i byłem do 15.07.1943 r. W dniu 1.07.1943 r. przenieśli mnie na posterunek do wsi Niżankowice, powiat Przemyśl. W Niżankowicach byłem do stycznia 1944 r. Komendantem posterunku był Wełyczko Jarosław. W styczniu 1944 r. przenieśli mnie na posterunek do Medyki, powiat Przemyśl. Komendantem posterunku był Szczygielski Wołodymyr. W kwietniu 1944 r. znowu przenieśli mnie do Niżankowic. Komendantem był Kaczor Wołodymyr. Na posterunku w Niżankowicach byłem do 21.07.1944 r., czyli do czasu wycofania się Niemców. Kiedy policja przygotowywała się do wyjazdu, mnie na posterunku nie było. W tym czasie byłem w domu. Kiedy wróciłem na posterunek, to zastałem wszystkich policjantów spakowanych i gotowych do odjazdu. Wszyscy oni bawili się w jadalni posterunku. Wróciłem zmęczony, [więc] położyłem się spać. Kiedy spałem, to przychodził mnie budzić Szewczuk (policjant), żebym szedł jechać razem z nim i innymi policjantami. W tym to czasie zbudził się policjant Muszak, którego baliśmy się, i policjant Szewczak [sic] odszedł, ja zostałem i spałem nadal. Kiedy zbudziłem się, to była godzina 3, zobaczyłem światło we wszystkich pokojach, i wtedy zorientowałem się, że policjanci wyjechali, a mnie pozostawili. Poszedłem do telefonu, zadzwoniłem do Sowhana (dowódca czoty [plutonu] policji w Przemyślu). Sowhan odpowiedział mi, że oni będą przejeżdżać przez Niżankowice, będę mógł do nich dołączyć. Tak też się stało. Dołączyłem do Sowhana i z nim pojechałem do Krynicy.”
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 177. Strona 4.
„Tam chodziłem po okolicznych wioskach i widziałem, że uciekinierzy ze wschodu idą na Czechy. Ja dojechałem do miejscowości Pezinok (zachodnia Słowacja). Tutaj pracowałem przy okopach, za godzinę płacili mi 5,50 korony. Pracowałem do stycznia 1945 r. Wtedy zachorowałem i zostałem zwolniony z pracy przy okopach. Po wyzdrowieniu wstąpiłem do pracy w młynie. W młynie pracowałem do marca 1945 r. W dniu 1.04.1945 r. do miejscowości Pezinok przyszli bolszewicy. Pod bolszewikami żyłem 16 dni. W dniu 16.04.1944 r. wyruszyłem w drogę w rodzinne okolice. Przyszedłem do wsi Lachawa, powiat Przemyśl, tutaj schwytali mnie bojownicy z SB, to było 3.05.1945 r. Tutaj przyszedł Prowidnyk „Staryj”, którego znałem jeszcze z policji. Z Prowidnykiem „Starym” poszedłem do wsi Dobrzanka, powiat Przemyśl, tam była odprawa rojowych [dowódców drużyn]. Między rojowymi był „Karmeluk”. Prowidnyk „Staryj” przydzielił mnie do „Karmeluka”. Razem z „Karmelukiem” poszedłem do wsi Siwczyn. We wsi Siwczyn byłem do 19.05.1945 r. W tym to czasie zaczął ściągać czotę [pluton] UPA dowódca „Czajka”, który był moim stryjkiem. Poszedłem do jego czoty i dostałem funkcję czotowego intendenta. Po przydzieleniu czoty do oddziału dowódcy „Zenowija” dostałem funkcję intendenta sotni [kompanii], i pełniłem ją do 12.09.1946 r. Tego dnia dostałem 4 rój, I czoty, w oddziale dowódcy „Zenowija”. Funkcję rojowego pełniłem do dnia 14.12.1946 r. W tym czasie, kiedy pełniłem funkcję intendenta sotni, to z nikim nie rozmawiałem na takie tematy, jak krytyczne momenty dla oddziału i dla przetrwania oddziału. Pierwszy raz takie tematy zacząłem poruszać na godzinie polityczno-wychowawczej (czasu nie przypominam sobie). Zadałem pytanie wychowawcy „Zorianowi”: „co będzie, jeśli nie będzie wojny, i nie nastąpi sprzyjający moment do rewolucji, co będzie z oddziałem?”. Wychowawca nie udzielił mi wyczerpującej odpowiedzi. Odpowiedział, że wszystkie zniewolone narody walczą, że za granicą są stworzone różne wojskowe formacje przeciwko bolszewikom. Przy tym byli obecni dowódca „Imennyj”, „Oreł” (który śmiał się i nic nie mówił). Było jeszcze więcej, ale ja sobie nie przypominam. Powiedziałem dalej, że mógłbym pójść na Słowację na [brak tekstu] rojem [drużyną] i mógłbym dać im tam zabezpieczenie. Jakie zabezpieczenie, ja im nie powiedziałem. „Hłuz” jednego razu mówił mi, że jeśli pójść, to nie rojami [drużynami], lecz całym kureniem [batalionem], i pójdziemy nie na Słowację, ale dalej, do strefy [okupacyjnej] angielskiej albo amerykańskiej. Mówiłem, że mógłbym prowadzić przez Słowację, bo znam słowacki język i teren aż do okolic Wiednia. Gdy poruszałem takie tematy, to nigdy nie zwracałem uwagi na otaczających mnie ludzi.
W lecie 1946 r. kiedy razem z „Cwirkiem” odłączyłem się od oddziału po akcji na Olszanicę powiat Lesko, i dołączyliśmy pierwszy raz po kilku dniach, strzelcy z roju „Orła” mówili mi, że w oddziale mówiono, że ja rzekomo miałem pójść na Słowację. Odpowiedziałem na to: gdybym chciał pójść na Słowację, to nigdy nie szukałbym okazji odłączenia się po walce, ale – gdy jestem intendentem i mnie przy oddziale nie ma 2-3 dni, to mógłbym wtedy pójść. Gdy przyniosłem z akcji kurtkę cywilną, to powiedziałem w obecności strzelca „Burego”, rojowego „Łozy” i jeszcze kilku strzelców, że już mam cywilną odzież i pistolet, i mógłbym pójść na Słowację. Mówiłem, że mam także paszport czeski, na to oni nic nie mówili, tylko uśmiechali się.”
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 178. Strona 5.
„Od czasu do czasu mówiłem: po co ściągają więcej [ludzi] do oddziału, że lepiej i prędzej utrzyma się mały oddział, [złożony] ze starych wojaków, to mógł słyszeć rojowy „Rubacz”, rojowy „Karmeluk”, kto więcej nie przypominam sobie. Mówiłem, że zabiorę dowódcy „Imennemu” pistolet, bo mi się należy. O tym mówiłem do rojowego „Karmeluka” i „Zirki”. „Zirka” powiedział, że pistolet mi się należy. Mówiłem, do kogo nie przypominam sobie, że gdybym poszedł na Słowację, to pistolet od dowódcy „Imennego” zabrałbym (to miało być w formie żartu).
O Słowacji mówiłem bardzo często, i głębiej nad tym się nie zastanawiałem. Kiedy dowódca „Bartel” przekazał mi zastępstwo dowódcy czoty [plutonu], to o tym, że nie trzeba ubezpieczenia, do nikogo nie mówiłem. Kiedy przyszliśmy na kolację, to tymczasowo wystawiłem warty, potem wystawiłem takie ubezpieczenia, jakie kazał mi dowódca „Bartel”.
Kiedy któryś ze strzelców bawił się granatem, to jest możliwe, że mogłem powiedzieć: „idź bawić się do pocztu [sztabu sotni]”. Kiedy o tym mówiłem, to miałem to na myśli, że gdyby strzelec poszedłby do pocztu bawić się granatem, to tam nie pozwoliliby strzelcowi bawić się granatem.
Kiedy był oddział dowódcy „Stacha”, z nim był czotowy „Prykuj”, to rojowy „Karmeluk” pisał sztafetę do dowódcy „Chrina”. Sztafetę pisał w takiej intencji, żeby dowódca „Chrin” ściągnął „Karmeluka” i „Imennego” do siebie. O tym opowiadał mi „Karmeluk”, motywując to tym, że oni obaj byliby tam czotowymi [dowódcami plutonów]. Następnie „Karmeluk” mówił mi, że gdyby on dostał się do [oddziału] dowódcy „Chrina”, to ścignąłby mnie. Odpowiedziałem, że mi tutaj także dobrze. Po powrocie „Karmeluka” z Karpat razem z dowódcą „Bartlem” „Karmeluk” opowiadał mi, że w Karpatach lepiej niż u nas, nie ma obław, nie ma twardej dyscypliny. Opowiadał, że „Chrin” chodzi koło Gorlic. Mówił o swoich znajomych będących w Karpatach. O żadnym kontakcie „Karmeluk” i nikt inny mi nie mówił. O kuszczowym informatorze „Dubie” także nic mi nie mówił.
Przed drugim odejściem dowódcy „Bartla” w Karpaty „Karmeluk” o „Żurbie” ani o opuszczeniu oddziału nic mi nie mówił. „Karmeluk” mówił mi, że zima będzie ciężka, lepiej byłoby żeby oddział rozczłonkować, on z rojem utrzymałby się w Siwczyńskich lasach. Dobrze byłoby, gdyby on był w Karpatach, tam są wielkie lasy i Polacy mało zachodzą. Nie przypominam sobie, czy to mówił w cztery oczy, czy może był jeszcze ktoś obecny. Mówił, że dobrze byłoby, gdyby był na wschodzie w USRR, że tam nie jest tak strasznie, jak mówią, tam ma żonę, przy żonie mógłby siedzieć, żona by go utrzymywała. Mówił, że można by utrzymać się za granicą i w strefie [okupacyjnej] angielskiej lub amerykańskiej, mówił, że Czesi wydają Ukraińców Polakom. Jak dostać się za granicę, tego on mi nie mówił, ja go nie pytałem. Kiedy dowódca „Bartel” po raz drugi wrócił z Karpat, „Karmeluk” opowiadał mi, że „Żurba”, „Step”, „Oreł”, „Rubacz” mieliby pójść za granicę na Słowację.”
IPN Rz 072/1, t. 28, k. 179. Strona 6.
„O tym, czy „Karmeluk” rozmawiał z tymi, którzy mieliby iść za granicę, on mi nie mówił. Na tym rozeszliśmy się. Kiedy nasz oddział kwaterował w Dylągowskim lesie, z góry od strony mojego roju zauważyłem „Karmeluka” i „Żurbę”. „Żurba” zawołał mnie do siebie. Kiedy dochodziłem do nich, oni kończyli rozmowę. „Żurba” ścisnął, machnął ręką i mówi: daj Boże zdrowia. Zacząłem pić wódkę, a „Karmeluk” mówił do „Żurby”: „coś ty zgłupiał, teraz, na zimę!” Wypiłem wódkę, oddałem flaszkę. Niedaleko od nas był strzelec, (który, nie przypominam sobie), który zbierał drwa. „Żurba” zawołał tego strzelca, dał mu resztę wódki. Strzelec wypił wódkę i odszedł. Podziękowałem za wódkę, i odszedłem, z powrotem do swojego roju. „Karmeluk” nadal pozostał z „Żurbą”, i poszli do roju „Żurby”. Czy tego samego dnia, czy może później, nie wiem, opowiadałem „Karmelukowi”, że dowódca „Bartel” jest na mnie zły. „Karmeluk” zapytał mnie dlaczego, powiedziałem, że „Żurba” przed dowódcą „Bartlem” atakuje mnie. „Karmeluk” powiedział mi: „więc ja „Żurbę” wsypię”, co „Karmeluk” miał na „Żurbę”, ja nie wiem. Wkrótce potem „Karmeluk” powiedział mi, że „Żurba” wybiera się na Czechy, z kim „Żurba” zamierza iść, nie mówił, a ja nie pytałem. Na to odpowiedziałem mu, że „Żurba”, gdy będzie chciał iść, to nie będzie ciebie wołał. Powiedziałem „Karmelukowi”: „że jeśli „Żurba” będzie ciebie wołał, to wtedy zamelduj dowódcy”. „Karmeluk” powiedział, że w ostatnim momencie to zrobi. Od tego czasu z nikim o takich sprawach nie rozmawiałem. O tym, że „Karmeluk” rozmawiał ze „Stepem”, nie wiem, i nikt mi nie mówił. Żadnych tajemnic z „Karmelukiem” nie mam.
Postój, 15.12.1946 r.
Przesłuchiwali: „Kłym”, „Łahidnyj”.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz