ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

piątek, 13 listopada 2020

Bez nich obozy koncentracyjne nie mogłyby funkcjonować. Kim byli kapo?

 Choć sami byli więźniami, przebiegłością i okrucieństwem przebijali nawet esesmanów. Mogli bez konsekwencji znęcać się nad innymi uwięzionymi, okradać ich, a nawet zabijać. Jak zdobywali swoją pozycję i co otrzymywali w zamian za lojalną wysługiwanie się hitlerowcom?


„Żadnemu, nawet najsilniejszemu kierownictwu obozu nie udałoby się utrzymać w karbach tysięcy więźniów i kierować nimi, gdyby nie przychodziły mu z pomocą wzajemne antagonizmy więźniów” — wyjaśniał po wojnie komendant Auschwitz Rudolf Höss. Była to prawda: żaden obóz koncentracyjny nie mógłby funkcjonować, gdyby część więźniów nie współpracowała z Niemcami, kontrolując i zastraszając współosadzonych.

W Niemczech jeszcze przed wojną wykorzystywano kryminalistów oraz tak zwanych więźniów „aspołecznych” do sprawowania kontroli nad innymi osadzonymi w obozach koncentracyjnych. Zwykle byli to mordercy, złodzieje, sutenerzy czy prostytutki, odsiadujący wcześniej wyroki w więzieniach Rzeszy.

W lagrach, jako tak zwani więźniowie funkcyjni, pełnili wiele ról. Przede wszystkim pilnowali porządku i dyscypliny, bądź na całym zamkniętym terenie, bądź w poszczególnych pomieszczeniach jako blokowi czy sztubowi. Brali też między innymi udział w pracach kancelarii obozowej lub bywali dozorcami.

W zamian za swoje usługi funkcyjni otrzymywali nie tylko władzę, ale i konkretne korzyści, na przykład większe racje żywnościowe, papierosy czy alkohol. Zwykle mieszkali także w lepszych warunkach niż pozostali osadzeni, na przykład w oddzielnej części budynku. Co jednak najważniejsze, mogli oni używać przemocy wobec osób, które im podlegały. Robili to często, chcąc jak najwygodniej urządzić się w obozie.

Kapo byli panami życia i śmierci więźniów, których nadzorowali. Na zdjęciu ocaleli z Ebensee.

fot.domena publicznaKapo byli panami życia i śmierci więźniów, których nadzorowali. Na zdjęciu ocaleli z Ebensee.

Łatwo się domyślić, że ta uprzywilejowana warstwa nie cieszyła się popularnością wśród współwięźniów. Najbardziej znienawidzeni spośród nich byli kapo, czyli nadzorcy, którzy zajmowali się więźniami podczas prac przymusowych.

Okrutni nadzorcy komand

„Kapo” to słowo z tak zwanej lagerszprachy, czyli języka lagrowego. Nie znamy genezy tej nazwy. Spekuluje się między innymi, że może ona być skrótem od Kameradenpolizei (co oznacza: „policja koleżeńska”). Inna teoria głosi, że że zapożyczono ją z włoskiego, w którym capo oznacza „głowę”, ale i „naczelnika, szefa”. Co ciekawe, nie wszędzie znano to określenie. W niektórych obozach kapo bywał nazywany „kapusiem”, „kapomanem” albo wręcz – jak w Dachau – „capem”. Na pełniące tę funkcję kobiety mówiono zaś między innymi „anwajzerka” czy „kapomanka”.

Kapo można było rozpoznać po żółtej opasce na ramieniu i pałce do bicia. Miał pod sobą grupę roboczą, czyli komando, i z reguły posiadał pomocników. Tych ostatnich nazywano różnie: voraibeiterami, hilfskapo, unterkapo albo podkapo. Zdarzało się, że powoływano większe zespoły – wtedy nadzorował ich nie jeden, a kilku przełożonych. Wszyscy oni podlegali naczelnemu obozowemu „oberkapo”.

Współpracujący z lagrową administracją więźniowie-nadzorcy odpowiadali za tworzenie i funkcjonowanie komand. Pilnowali dyscypliny podczas pracy i dbali o utrzymanie odpowiedniego tempa robót. Musieli też zapobiegać ucieczkom i składać meldunki o stanie liczebnym nadzorowanej grupy. Mieli prawie nieograniczoną władzę nad innymi uwięzionymi. Mogli ich karać w dowolny sposób, odbierać racje żywnościowe, bić, a nawet zabijać, nie narażając się na żadne konsekwencje. Często zresztą prześcigali się w okrucieństwie. Prowokowali i dręczyli osadzonych, choćby tylko po to, by przypodobać się przełożonym

„Wydawał rozkazy nieodwołalne. Każdego dnia, żeby pochwalić się swoją czujnością i popisać władzą, wybierał przykładowo upatrzonego więźnia i okładał go ciosami” — tak Charles Liblau, więzień KL Auschwitz, opisywał Ignatza, jednego ze swoich nadzorców. O innym pisał, że cechowała go:

służalczość wobec nowych szefów [z SS, przyp. red.]. Chorobliwe dążenie do dominowania i komenderowania wyładowywał na więźniach, którzy mieli nieszczęście trafić pod jego rozkazy. Torturował ich i zabijał.

Bez pomocy Kapo nazistom nigdy nie udałoby się zmusić do niewolniczej pracy setek tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych.

fot.Bundesarchiv/CC-BY-SA 3.0Bez pomocy Kapo nazistom nigdy nie udałoby się zmusić do niewolniczej pracy setek tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych.

Zofia Posmysz, pisarka, która w trakcie wojny także trafiła do obozu, tak wspominała z kolei swoje anwajzerki: „Więźniarka raz uderzona musiała w końcu umrzeć. Nie od razu. Lora i Truda już o to zadbały. Niedobitej ofiary nie zapominały”.

Pozycja kapo nie była jednak nienaruszalna. Jeśli któryś nie sprawdzał się na swoim stanowisku, mógł stracić funkcję i dołączyć do szeregowych więźniów. Był wówczas narażony na to, co inni: ciężkie roboty, poniżanie, bicie, śmierć z wycieńczenia lub na skutek selekcji. Dodatkowo groziła mu zemsta ze strony dawnych podwładnych. To wystarczyło, aby większość znienawidzonych nadzorców jeszcze sumienniej przykładała się do swoich obowiązków.

Niektórzy pomagali

W czasie wojny stopniowo zmieniały się proporcje pomiędzy różnymi rodzajami więźniów osadzonych w obozach koncentracyjnych. Do grona funkcyjnych zaczęli dołączać więźniowie polityczni oraz przedstawiciele innych narodowości niż niemiecka, w tym Polacy lub Żydzi. Zatrudniano ich w lagrowej administracji, zostawali też sztubowymi czy blokowymi. Innych wyznaczano do roli kapo.

Te zmiany wpływały nieco na rygor w obozie. Zdarzało się, że więźniowie funkcyjni wywodzący się z grupy więźniów politycznych wykorzystywali swoją pozycję nie tylko do własnych celów, ale i po to, by ulżyć pozostałym. Kiedy w połowie 1942 roku do Oświęcimia trafiła Zofia Posmysz, wśród pilnujących ją kapo była Polka, która w miarę możliwości starała się pomagać podległym więźniarkom. Pozwalała na krótkie odpoczynki w czasie pracy i ostrzegała, kiedy nadchodzili nadzorcy z SS.

Historia Zofii Posmysz pokazuje, że nie wszyscy kapo byli zwyrodniałymi sadystami.

fot.Pawelsawicki/CC BY-SA 3.0Historia Zofii Posmysz pokazuje, że nie wszyscy kapo byli zwyrodniałymi sadystami.

Kapo został też Stefan Krukowski, który „dochrapał się” tego stanowiska pod koniec długiego pobytu w Mauthausen. „Awansował” do pozycji obozowego prominenta, pracownika magazynu umundurowania SS. Wcześniej przeszedł wszystkie etapy życia w obozie. Przez jakiś czas przebywał w karnej kompanii, był nawet tak zwanym muzułmanem, czyli osobą skrajnie wyczerpaną i niezdolną do pracy, oczekującą na śmierć. Wiele lat później w książce „Byłem kapo”, w której opisał swoje doświadczenia, przyznał, że przejście do wyższej kasty więźniów miało skutki psychologiczne. Jak sam wspominał:

Ta nagła metamorfoza bawiła mnieZorientowałem się, że nawet doświadczony aż do granic cynizmu człowiek też odczuwa niejaką radość z nagłego „ogromu władzy”. Czasami łapałem się na tym, że moja poza przestaje być rolą.

Swoje uprzywilejowane stanowisko Krukowski wykorzystywał jednak nie tylko do zapewniania sobie większych racji żywnościowych. Pomagał też innym:

Naprawdę nie byłem w stanie zjeść tego, co wpływało, i na pewno nie wypiłem tej całej śliwowicy. Z „organizacji” tej żyło więcej niż kilka osób, wódka zaś dana w porę w odpowiednie ręce mogła uratować niejednemu życie. Byłem tylko pośrednikiem. W tamtym okresie na pewno już pośrednikiem nie głodnym i nie zmarzniętym.

Stefan Krukowski po wielu latach spędzonych w Mauthausen został w końcu kapo.

fot.Julio Montoro/CC-BY-SA 2.0Stefan Krukowski po wielu latach spędzonych w Mauthausen został w końcu kapo.

Niestety tacy jak Krukowski czy Polka zapamiętana przez Zofię Posmysz byli jedynie wyjątkami. Kapo stali się symbolem terroru w niemieckich obozach koncentracyjnych. Dzięki ich obecności naziści mogli zaoszczędzić i zmniejszyć konieczny do utrzymania jednostki personel z SS. A także podzielić się z więźniami odpowiedzialnością za stosowaną w obozach przemoc.

Po wojnie niektórzy kapo stanęli przed sądem indywidualnie lub razem ze swoimi przełożonymi z SS. Część zginęła z rąk dawnych podwładnych. Powojenne losy wielu okrutnych funkcyjnych pozostają jednak nieznane.

Inspiracja:

Inspiracją do napisania tego artykuły była najnowsza powieść Macieja Siembiedy pod tytułem Miejsce i imię, Wielka Litera 2018.

Bibliografia:

  1. Stefan Krukowski, Byłem kapo, Książka i Wiedza 2014.
  2. Charles Liblau, Kapo z Auschwitz, Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu-Brzezince 1996.
  3. Oświęcim. Hitlerowski obóz masowej zagłady, red. Wanda Michalak, Interpress 1981.
  4. Zofia Posmysz, Królestwo za mgłą. Z autorką Pasażerki rozmawia Michał Wójcik, Znak 2017.
  5. Danuta Wesołowska, Słowa z piekieł rodem. Lagerszpracha, Oficyna Wydawnicza Impuls 1996.

Brak komentarzy: