ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

czwartek, 6 października 2022

Ocalmy od zapomnienia ten mały „polski holokaust”

 Justyna Matulewicz-Gilewicz

Może być zdjęciem przedstawiającym 1 osoba, stoi i na świeżym powietrzu

Najpierw coś Państwu opowiem.
Działo się to pierwszego sierpnia 1952. Po ukończeniu pierwszej klasy podstawówki byłem na kolonii letniej w podkrakowskim Sierakowie. Szczęśliwi, opaleni wróciliśmy z kolegami znad rzeki na obiad. Ku mojemu zdumieniu pani wychowawczyni przekazała mi wiadomość, że ktoś na mnie czeka w kancelarii pana kierownika. Jeszcze bardziej się zdziwiłem na widok wuja Ludwika, który mi powiedział, że tata jest trochę chory i musimy wracać do Krakowa.
Choć bardzo mi było żal zostawiać kolegów ucieszyłem się ogromnie, bo będąc Jego oczkiem w głowie, świata za Ojcem nie widziałem. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, a ja nie mogłem się doczekać chwili, kiedy wreszcie się przytulę do Taty. W końcu dotarliśmy z dworca na naszą ulicę. Wujek chciał mi coś powiedzieć, ale wyrwałem mu się i oszalały ze szczęścia, na łeb na szyję popędziłem do ukochanego Taty. Gdy dobiegłem do naszej kamienicy serce przeszył mi paraliżujący ból i niebo spadło mi na głowę. Na bramie wisiała wykonana domowym sposobem klepsydra z napisem:
Mgr inż. Michał Pasierbiewicz
ukochany mąż i ojciec
żołnierz Armii Krajowej
zmarł przeżywszy lat 46…
Tacie pękło serce. Zamęczyła go ubecja, a dokładniej mówiąc kilku żydowskich oficerów bezpieki po tym, jak ujawnił swoją akowską przeszłość. Nie wytrzymał ciemiężenia i upokorzeń w pracy, obrzydliwych intryg, prowokacji, bezustannego śledzenia, ciągłych rewizji domowych i niekończących się wielogodzinnych przesłuchań na bezpiece. Zaś owdowiałej matce i osieroconym synom piętno odrzucenia i zaszczucia, - każdego dnia coraz głębiej wrzynało się w duszę.
Na pogrzebie Taty było tyle samo bliskich i przyjaciół, co ubeków, którzy obstawili cały krakowski Cmentarz Rakowicki, a gdy kondukt dotarł do naszego rodzinnego grobu, przyczaili się za przyległymi grobowcami. Pamiętam, że w chwili gdy ksiądz rozpoczął modlitwę nad grobem, wśród żałobników zrobiło się jakieś zamieszanie i rozległy się zaaferowane szepty. To przyjaciele Taty z konspiracji wkroczyli do akcji i raptem na trumnie pojawiła się wiązanka biało czerwonych goździków z szarfą, na której widniał napis: „Naszemu kochanemu dowódcy przyjaciele z Armii Krajowej”. Do dzisiaj nikt nie wie, kto i jakim cudem położył tę wiązankę na trumnie, za co wtedy groziło więzienie, o ile nie gorzej.
Z tego, co było potem zapamiętałem tylko, że jak trumnę spuszczano do grobu, Mama ścisnęła mnie kurczowo za nadgarstek, aż mi z bólu pociemniało w oczach. A jak kondukt się rozchodził spostrzegłem, że mam całą dłoń we krwi. Mama miała zawsze zadbane, długie paznokcie.
Matka nie umiała sobie poradzić z nieszczęściem, jakie nas spotkało. Więc musiałem z nią chodzić codziennie na cmentarz, choć przesiadywanie godzinami na ławeczce przy mogile w czasie, gdy koledzy grali w piłkę było dla małego chłopca prawdziwą torturą. Żebyśmy mogli jakoś przeżyć ten nieszczęsny czas, Mama musiała sprzedać obrazy, biżuterię, dywany, srebrne zastawy, a w końcu nasz ukochany fortepian, na którym sobie z Tatą często podgrywali na cztery ręce.
Do śmierci też nie zapomnę dnia, w którym Mama po przyjściu z pracy stwierdziwszy, że nie ma nic do jedzenia, a kasa domowa jest pusta, skrajnie zdesperowana i upokorzona pozamykała okna, odkręciła kurki w gazowej kuchence i powiedziała: „Chcesz to uciekaj Krzysiu, ja zostaję, bo już dłużej takiego życia nie zniosę”. Nigdy nie zapomnę tych kilku minut wahania zdających mi się wtedy wiecznością, kiedy toczyłem walkę pomiędzy solidarnością z Matką, a instynktem samozachowawczym. Na szczęście, jak już zaczęło mi się kręcić w głowie zwyciężył instynkt i uciekłem do państwa Tomczyków z naprzeciwka, którzy przybiegli, wywietrzyli mieszkanie i przyrzekli Mamie, że będę mógł jeść u nich obiady do końca podstawówki.
Ale traumatyczny ślad w sercu pozostał, bo przez całe dzieciństwo męczyła mnie myśl, że stchórzyłem i zdradziłem matkę, co okaleczyło mi duszę, zaś zapach gazu do dziś mi przypomina tamto straszliwe zajście. Mój starszy brat porzucił na zawsze szkołę, jak Bronisława Bergerowa, żydowska aktywistka będąca dyrektorką renomowanego krakowskiego liceum przy całej klasie powiedziała, że takie szczeniaki akowskie jak on trzeba było w wiadrze topić. Brat więcej do szkoły nie poszedł i został kierowcą ciężarówki, co matkę wpędzało w głęboką depresję i kilka lat po śmierci Taty również odeszła…
Dlaczego to Państwu znów i uparcie przypominam?
Ano z tej przyczyny, że do połowy lat 50. ubiegłego wieku takich właśnie polskich rodzinnych tragedii były w Polsce dziesiątki tysięcy, - a jednak, zbrodni dokonanych na Polakach rękami żydowskich oprawców z Urzędu Bezpieczeństwa nigdy nie rozliczono, a sprawę nadal okrywa się (dlaczego?) zmową milczenia, zaś każdy, kto się ośmieli przerwać tę ciszę zostaje obłożony klątwą ostracyzmu, jak nie gorzej.
I jeszcze garść informacji o moim Tacie, który w latach 1937 – 1948 był dyrektorem elektrowni Siersza-Wodna, - patrz zdjęcie, którym zilustrowałem notkę przedstawiające pożegnanie mojego Taty przez załogę starej Elektrowni Siersza-Wodna w roku 1948.
W czasie okupacji hitlerowskiej w tej elektrowni działała zorganizowana konspiracyjna formacja Armii Krajowej. Była to tzw. „Piątka Akowska”, której dowódcą był mój śp. Ojciec Michał Pasierbiewicz, pseudonim konspiracyjny „Paweł” – vide: https://katalog.bip.ipn.gov.pl/informacje/143605 .
Ponieważ elektrownia Siersza-Wodna zasilała w energię elektryczną niemiecki obóz śmierci Auschwitz-Birkenau, mój Ojciec i jego żołnierze, jako jedyni Polacy w regionie, mieli pozwolenie na wjazd na teren obozu w przypadkach awarii sieci elektrycznej, - i wykorzystując tę sposobność, przez cały okres okupacji, z narażaniem życia własnego i swoich rodzin ratowali życie wielu więźniom obozu Auschwitz-Birkenau, w znakomitej większości pochodzenia żydowskiego, - przerzucając im żywność i lekarstwa, za co groziła wtedy natychmiastowa kara śmierci – vide: https://www.wikiwand.com/pl/Micha%C5%82_Pasierbiewicz .
Pamiętam, jak mama mi opowiadała, że jak Tata ze swoimi żołnierzami jechali samochodem-warsztatem na teren obozu Auschwitz-Birkenau, przewożąc leki dla więźniów ukryte w porcelanowych izolatorach, - celem pokonania strachu wypijali po ćwiartce wódki.
Ponieważ nikt o tych dzielnych ludziach o gorących sercach i pięknych umysłach już nie usłyszy, celem ocalenia ich od zapomnienia, - wspomnę teraz nazwiska owych nieżyjących już bohaterów. Byli to: Stanisław Banda, Tadeusz Łagan, Franciszek Pająk, Aleksander Rzepa, Wojciech Zieliński, Józef Żyli oraz ich dowódca Michał Pasierbiewicz. Należy również uhonorować nazwiska równie odważnych właścicieli czterech aptek, farmaceutów, którzy też się narażali dostarczając nieodpłatnie leki oddziałowi mojego Taty. Byli to: J. Radwańska z Trzebini, Antoni Sopicki z Chrzanowa, Jadwiga Gabriel z Oświęcimia i pan Nowak z Zatora.
Oddział AK dowodzony przez mojego Tatę nie tylko pomagał przeżyć wielu więźniom, lecz dostarczał również dowództwu Polskiego Państwa Podziemnego i Polskiej Armii Podziemnej szczegółowe raporty o liczebności, obsadzie i uzbrojeniu załogi obozu Auschwitz-Birkenau przekazując także informacje i dokumentacje ze znajdującej się niedaleko, w tzw. podobozie Rajsko, fabryki części do niemieckich samolotów.
Nie wiem, ilu Żydom uratował życie mój Tata ze swoimi żołnierzami, prawdopodobnie wielu, ale nawet gdyby uratowali choćby jedno żydowskie życie, to warto było upamiętnić tych szlachetnych Polaków.
Natomiast tych wszystkich, którzy mówią, że: „Drażni ich retoryka o rzekomym ratowaniu Żydów przez Polaków”, - parafrazując słowa kultowej piosenki Wojtka Młynarskiego pt. „W co się bawić”, pozwolę sobie spytać, czy zgodzą się ze mną, że:
„Trzeba już w końcu raz ustalić, czyście się ostatnio nie zanadto rozdokazywali?”
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)

Brak komentarzy: