Pisane u progu złowróżbnej zimy 2022/23, ku pamięci naszej heroicznej Mamy
Nigdy nie zapomnę, jak mój starszy brat Jacek wrócił po lekcjach do domu, blady i jakoś dziwnie zmięty.
– Czy stało się coś złego? – zapytała mama podnosząc głowę znad maszyny do pisania.
Brat nic nie odpowiadał.
– No mówże! Jacuś! Przecież widzę!
Zgnębiony chłopak w końcu zebrał się w sobie i odezwał się nieswoim głosem:
– Mamo! Ja już nigdy więcej nie pójdę do szkoły!
– Co takiego?! – krzyknęła przerażona matka.
– O nic więcej nie pytaj! – odparł.
– Chryste Panie! Mów natychmiast, co się stało!
Po dłuższym milczeniu, Jacek się w końcu przemógł:
– Dobrze! Powiem! Ale decyzji nie zmienię!
I wyrzucił z siebie:
– Na lekcję wychowawczą przyszła pani dyrektorka, wiesz, Bergerowa, ta partyjna aktywistka.
– I co? – pytała niecierpliwie mama.
– Powiedziała mi przy całej klasie...
Walczył ze sobą, żeby się nie rozpłakać.
– Co ci powiedziała? – pytała matka przeczuwając najgorsze.
Jacek długo nie mógł się opanować, aż w końcu wykrztusił łamiącym się głosem:
– Powiedziała mi: „Od dawna mówiłam, że takie szczeniaki akowskie trzeba było topić w wiadrze, zanim otworzą oczy”.
A to wredna suka! – zaperzyła się mama.
– Cała klasa się ze mnie śmiała! – Chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz nie mógł powstrzymać łez, i zamknął się w łazience.
Niestety słowa dotrzymał. Do szkoły nie wrócił, ku rozpaczy matki, która nie umiała się pogodzić z myślą, że jej syn nie chce się kształcić. Matka stawała na głowie, by go odwieść od tego zamiaru, lecz była bezradna. Rana zadana przez czerwoną doktrynerkę była zbyt głęboka. Aż w końcu dopadło go wojsko.
Był styczeń 1962. Nadeszła sroga zima. Temperatura spadała poniżej trzydziestu stopni i całą Polskę zasypało śniegiem. Pozamykano szkoły, a nawet niektóre fabryki. Zaczęły się codzienne wyłączenia prądu. Sklepy świeciły pustkami.
Mój starszy brat właśnie wyszedł z wojska.
– Jacuś! Ale ty zmężniałeś! – stęskniona mama chciała go przytulić, ale się wywinął jak piskorz.
– Muszę wam coś powiedzieć – zaczął prosto z mostu, nie spojrzawszy nawet na dymiący rosół, który mu mama zdążyła podsunąć.
– No mówże nareszcie! – ponaglała mama.
Brat obwieścił beznamiętnie:
– W wojsku poznałem dziewczynę. Jest w szóstym miesiącu ciąży. Za miesiąc się pobieramy!
– Jezus Maria! – jęknęła zrozpaczona matka. Przecież Krzysiu na wiosnę idzie do matury! I co? Będziemy w tej klitce mieszkać w dwie rodziny z małym dzieckiem? Dreptała tam i z powrotem, od drzwi do okna.
Aż pewnego ranka mama obwieściła synom: – Ubierzcie się jutro bardzo ciepło. Jedziemy do Sierszy! Było, nie było, przed wojną tata był tam dyrektorem elektrowni. Pomógł wielu ludziom. Więc może teraz oni nam jakoś pomogą.
Gdy wychodziliśmy z domu o świcie, na dworze było minus trzydzieści trzy stopnie, a skuta lodem Polska spała pogrążona w ciemnościach.
Parowa lokomotywa, ciągnąca za sobą wyziębłe wagony, z przeraźliwym zgrzytem stanęła na stacji w Trzebini. Przemarznięty konduktor pośpiesznie zagwizdał i wskoczył do wagonu, zatrzaskując za sobą obrosłe soplami metalowe drzwi. Pociąg kilka razy szarpnął, zaskrzypiał płaczliwie i ruszył z wolna w siwą głuszę. Zakutani po uszy, szczękając zębami, staliśmy bezradnie na pustym peronie. Wyjący ponuro wicher gnał kłujące w policzki bryłki zlodowaciałego śniegu. Pamiętam, że od czasu do czasu odrywałem od zmarzniętej ziemi jedną nogę, gdyż nie przyznałem się mamie, że jak dostałem od niej wymarzone łyżwy, zbyt mocno dokręciłem żabki i w podeszwie popuściły kołki.
– Chodźmy spytać zawiadowcę, jak stąd można dojechać do Sierszy – zdecydowała dygocząca z zimna mama.
Stary kolejarz poradził, żeby pójść do rynku, to może uda się znaleźć jakieś sanie. Brnąc w śniegu po kolana, zziębnięci i głodni, dotarliśmy na wskazane miejsce, gdzie matka jakimś cudem wytargowała u starego woźnicy w miarę przyzwoitą cenę. Szczęśliwym trafem chłop miał wełnianą derę, więc jakoś wytrzymywaliśmy w podszytych wiatrem saniach przerobionych ze starej furmanki.
– A cóż was niesie w taką zawieruchę na ten koniec świata? – zapytał woźnica, któremu spod okutanego szalem kołnierza sterczały oszronione wąsy.
– Mąż pracował w starej elektrowni, więc postanowiłam pokazać synom tę nową – odparła na odczepne mama.
– W taką kurniawę? – pokiwał głową furman. – Dziwne te miastowe – mruknął pod nosem i podciął batem dymiącą na mrozie chabetę.
Jechaliśmy, zdawało się bez końca poprzez dzikie pola zasypane śniegiem po horyzont, aż w końcu, z szalejącej zamieci wyłoniły się kontury przedwojennej willi.
– Niech się pan tutaj na chwilę zatrzyma – poprosiła mama – dorzucę jeszcze parę złotych.
Stali przed bramą zaniedbanej rezydencji noszącej ślady minionej świetności.
– Proszę wjechać na chwilę do środka! – zarządziła mama.
Przez przerdzewiałą bramę zwisającą krzywo na zardzewiałym zawiasie, wjechaliśmy na dziedziniec zdewastowanej will otoczonej zapuszczonym ogrodem. Pośrodku wyglądała spod śniegu zniszczona fontanna, a nieco dalej rozpadająca się altana.
– Poznajecie, chłopcy naszą przedwojenną willę dyrektorską? – zapytała wzruszona mama. Pokazywałam wam fotografie w rodzinnym albumie.
– Tak, poznaję – odparł starszy syn.
Zaciekawiony furman odwrócił głowę i przyjrzał się dokładniej mamie:
– O laboga! Toż to pani dyrektorowa! Kłaniam się szanownej pani! Przepraszam, ale nie poznałem – furman zerwał z głowy czapkę.
– Nic nie szkodzi! – odparła mama. – Proszę okryć głowę, bo się pan przeziębi.
– A jak się ma szanowny pan dyrektor? – dopytywał woźnica.
– Mąż niestety nie żyje – odpowiedziała mama, z trudem powstrzymując łzy.
– A, co się stało? Toż to młody chłop! – zmartwił się szczerze furman.
– Wykończyli go w 1952 roku za AK – mama rozpłakała się na dobre.
– Panienko! Przenajświętsza! – jęknął woźnica. – Co za sukinsyny! Taki szlachetny człowiek! Tylu ludziom pomógł! – biadolił.
Mama otarła łzy.
– Tu był salon i pokoje gościnne, tam dalej kuchnia i pralnia, a tam mieszkała służba – wskazywała ręką.
– Teraz tu są biura, proszę jaśnie pani! – wtrącił się woźnica. – Wszystko zniszczyli, nawet piece rozebrali, z ogrodu zrobili śmietnisko, zadeptali klomby, a stare dęby wycięli na opał.
Mama go nie słuchała, pochłonięta wspomnieniami.
– A tam trzymałam moją ukochaną klacz, – wskazała na stajnię z zapadniętym dachem, przed którą walały się resztki rozszabrowanej bryczki.
– Jedźmy już, mamo! – nalegał starszy syn.
Mama jeszcze raz ogarnęła wzrokiem miejsce, gdzie przeżyła swoje najszczęśliwsze lata.
– Pora jechać! – westchnęła przez łzy.
– Gdzie teraz? – zapytał stary furman.
– Do nowej elektrowni!
Wedle życzenia szanownej pani dyrektorowej! – wzruszony woźnica otarł kącik oka zacinając konia.
– Prrr... – Furman zatrzymał sanie przed portiernią nowej elektrowni. Z sięgających chmur betonowych chłodni unosiły się kłęby pary formujące podniebnego grzyba, jak po wybuchu bomby. Umęczona matka podeszła do zakratowanego okienka.
– Dokąd to? – zapytał grubiańsko wartownik.
– Chciałabym się widzieć z naczelnym dyrektorem – oświadczyła mama.
– A w jakiej sprawie?
– Osobistej!
– Kogo mam zameldować?
– Żonę pracownika starej elektrowni – odparła.
Wartownik gdzieś długo dzwonił. W końcu wyszedł do nich i oświadczył urzędowym tonem:
– Naczelnego nie ma, ale jest techniczny, tylko trzeba będzie poczekać, bo ma partyjną naradę.
¬– Dobrze! Poczekamy!
– Ona was zaprowadzi – rzekł wreszcie wartownik wskazując na stojącą obok kobiecinę w kufajce.
– Pan dyrektor już czeka! – obwieściła sekretarka wpuszczając nas do gabinetu.
– Jezu Chryste! Pani dyrektorowa???! – krzyknął ze zdumieniem łysawy jegomość, w źle skrojonym garniturze.
– Józek???! – wykrzyknęła mama.
– We własnej osobie!
Mama przedstawiła dyrektora synom:
– Przed wojną pan Józef był u nas pomocnikiem ogrodnika.
Dyrektor obciągnął garnitur jak uczniak wywołany do tablicy:
– Nigdy pani mężowi nie zapomnę, że mnie posłał przed wojną do szkoły, a potem pomagał rodzinie w czasie okupacji. Nikt dla mnie tyle nie zrobił. Tylko dzięki niemu mogłem pójść na studia...
– No dobrze już, dobrze! Dość tych podziękowań – krygowała się mama.
– A jak się ma pan dyrektor?
– Nie żyje, Józiu! – odpowiedziała przez łzy.
– A co się stało?
– Nie pasował tym draniom! – wskazała palcem na wciąż wiszące na ścianie portrety Cyrankiewicza i Gomółki.
– Ach! Przepraszam! Rozumiem! – speszył się dyrektor.
Po chwili niezręcznej ciszy zagaił:
– Strasznie mi głupio, pani dyrektorowo – wskazał oczami na ścianę – ale teraz takie czasy, że...
– Nie tłumacz się, Józiu, tylko pomóż! – przerwała mu mama.
– Pomóż? – zdziwił się dyrektor.
– Tak! Po to przyjechałam! Mój starszy syn właśnie wyszedł z wojska, gdzie zrobił prawo jazdy. Tam poznał dziewczynę. Za parę miesięcy urodzi im się dziecko. Młodszy na wiosnę idzie do matury. Po śmierci męża musiałam zamienić nasze krakowskie mieszkanie na mniejsze, gdzie się w dwie rodziny nie pomieścimy...
– Ale co ja mogę... – wtrącił dyrektor.
Mama spojrzała mu w oczy i było widać, iż jest gotowa na wszystko.
– Józiu! Powiem krótko! Nie wyjdę z tego gabinetu, jak nie załatwisz mojemu starszemu synowi pracy i mieszkania!
– Zaczynam rozumieć – żachnął się dyrektor i sięgnął po słuchawkę.
Zdesperowana matka czekała w ogromnym napięciu na wynik rozmowy.
– Towarzyszu sekretarzu! Muszę mieć szybko etat i mieszkanie dla młodego kierowcy! – krzyczał do słuchawki dyrektor. Z drugiej strony kabla dobiegał czyjś podniesiony głos.
– Tak, biorę to na siebie, towarzyszu sekretarzu, to moja osobista prośba! – powiedział dyrektor odkładając słuchawkę.
Mama wpatrywała się w niego pytającym wzrokiem.
– Pani dyrektorowo! Bóg nad wami czuwa! Tak się szczęśliwie składa, że jest wolne mieszkanie po Francuzach, którzy budowali nową elektrownię. Syn może się wprowadzić od jutra, a pojutrze niech weźmie papiery i przyjdzie do pracy.
– Dziękuję ci, Józiu! – matka wykonała gest, jakby go chciała ucałować w rękę.
Zawstydzony, uchwycił jej dłonie i powiedział drżącym ze wzruszenia głosem:
– To, co ja zrobiłem, to kropla w morzu wobec tego, co pan dyrektor zrobił tu dla ludzi przed wojną i za okupacji.
Zamyślił się przez chwilę i zerknąwszy na wiszące na ścianie portrety dodał przyciszonym głosem:
– Jeśli tacy ludzie musieli odejść z tego świata, - to z tej nowej władzy nic dobrego nie będzie…
(Zdjęcie ilustrujące notkę wykonano w roku 1945 w ogrodzie willi dyrektorskiej Elektrowni Siersza-Wodna. Autor notki na ręku Taty. Jacek u boku Mamy, - w białej sukni)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz