ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

sobota, 25 kwietnia 2026

Potop

https://www.facebook.com/share/v/1KSw4vfMp3/ 

Latem 1655 roku Rzeczpospolita wyglądała jak państwo, które wciąż jest potęgą, ale już tylko z nazwy. Od siedmiu lat kraj krwawił po powstaniu Chmielnickiego, od roku prowadził wyniszczającą wojnę z Moskwą, armia koronna liczyła zaledwie kilkanaście tysięcy żołnierzy, skarb był pusty, a Jan Kazimierz Waza miał na głowie nie tylko wrogów, lecz także własną szlachtę, która kłóciła się o wszystko poza jednym, czyli niechęcią do płacenia podatków. Właśnie w tym momencie Karol X Gustaw, świeżo koronowany król Szwecji, człowiek ambitny, zadłużony i pragnący wojny jak tlenu, postanowił uderzyć na Polskę.
Pretekstem był stary spór dynastyczny. Polscy Wazowie od czasów Zygmunta III rościli sobie prawo do tronu szwedzkiego, co drażniło Sztokholm nieprzerwanie przez półwieku. Prawdziwym powodem była jednak chęć opanowania wybrzeża Bałtyku, przejęcia Gdańska i Rygi, wzmocnienia dominium maris Baltici i zabezpieczenia zdobyczy z wojny trzydziestoletniej. Karol Gustaw miał świetną armię weteranów, doskonałą artylerię i generałów pokroju Arvida Wittenberga. Liczył, że Rzeczpospolita padnie w ciągu kilku tygodni. Początkowo miał całkowitą rację.
21 lipca 1655 roku wojska szwedzkie przekroczyły granicę Wielkopolski. Pod Ujściem nad Notecią stanęło pospolite ruszenie, dwadzieścia kilka tysięcy szlachty bez dyscypliny, bez planu i bez zapasów. Dowodzili nim wojewoda poznański Krzysztof Opaliński i wojewoda kaliski Andrzej Karol Grudziński. 25 lipca, po kilku słabych potyczkach i dwóch dniach rokowań, Wielkopolska kapitulowała. Nie padł poważny strzał. Szlachta uznała władzę króla szwedzkiego w zamian za zachowanie przywilejów. Wielu późniejszych historyków nazwie to momentem, w którym Rzeczpospolita sama wydała sobie wyrok, bo stało się jasne, że kraj obroni się wyłącznie wtedy, jeżeli zechce się bronić.
Niemal równocześnie, na drugim końcu państwa, Litwa przeżywała własną katastrofę. Hetman wielki litewski Janusz Radziwiłł, człowiek kalwinista, potężny magnat i polityk o dalekosiężnych ambicjach, pod naciskiem ofensywy moskiewskiej i w przekonaniu, że Jan Kazimierz stracił już wszystko, zdecydował się na krok bezprecedensowy. 20 października 1655 roku w Kiejdanach podpisał unię ze Szwecją, zrywając unię z Koroną. Formalnie oznaczało to, że Wielkie Księstwo Litewskie przechodzi pod władzę Karola Gustawa. W praktyce była to zdrada, która rozsadziła państwo od środka, choć znaczna część szlachty litewskiej, z Pawłem Sapiehą i hetmanem polnym Wincentym Gosiewskim na czele, odmówiła przyłożenia pieczęci pod tym aktem.
Rzeczpospolita rozpadała się jak zamek z piasku. 8 września Szwedzi zajęli Warszawę, praktycznie bez walki. Jan Kazimierz próbował jeszcze zorganizować opór pod Żarnowem 16 września i pod Wojniczem 3 października, ale obie bitwy zakończyły się klęską polskiej husarii, która tym razem nie dała rady ogniowi szwedzkiej piechoty i regularnej jeździe. 17 października poddał się Kraków, broniony przez Stefana Czarnieckiego. Obrona była zacięta, kilkanaście dni ciężkiego ostrzału i szturmów, ale miasto nie mogło liczyć na odsiecz. Król uciekł na Śląsk, do Głogówka, gdzie zamieszkał w pałacu swoich krewnych. Wydawało się, że Polska przestała istnieć.
W ciągu niecałych czterech miesięcy Szwedzi zajęli Wielkopolskę, Mazowsze, Małopolskę i znaczną część Litwy. Hetman wielki koronny Stanisław Rewera Potocki i hetman polny Stanisław Lanckoroński złożyli Karolowi Gustawowi przysięgę wierności pod Krakowem w październiku. Zrobili to również hetmani litewscy z obozu antyradziwiłłowskiego, co pokazuje, jak rozpaczliwa była sytuacja. Wojska szwedzkie kwaterowały w szlacheckich dworach, grabiły folwarki, bezcześciły kościoły i klasztory, wywoziły dzieła sztuki. To właśnie wtedy zginęła ogromna część polskiej pamięci materialnej, tysiące rękopisów, obrazów, sreber, księgozbiorów. W pałacu królewskim w Warszawie Szwedzi demontowali schody, posadzki marmurowe i piece, żeby wysłać je do Sztokholmu. Do dziś w szwedzkich archiwach i pałacach znajdują się rzeczy, które pochodzą z tamtego rabunku.
Wszystko zaczęło się zmieniać późną jesienią 1655 roku. Po pierwsze, Szwedzi okazali się wyjątkowo łupieżczy nawet jak na standardy epoki, wojsko utrzymywało się z kontrybucji, a dyscyplina szybko się rozluźniała. Po drugie, protestanci i heretycy obrażali święte miejsca, co w kraju głęboko katolickim wywoływało wściekłość chłopów i szlachty zagrodowej. Po trzecie, Karol Gustaw nie potrafił dotrzymać żadnej obietnicy, którą składał polskiej szlachcie przy przechodzeniu na jego stronę. Po czwarte, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Od 18 listopada do 27 grudnia 1655 roku trwało oblężenie Jasnej Góry. Klasztor paulinów w Częstochowie, choć ufortyfikowany, nie był twierdzą pierwszej klasy. Bronił go niewielki garnizon, około stu sześćdziesięciu żołnierzy pod komendą Piotra Czarnieckiego, siedemdziesięciu zakonników pod duchowym kierownictwem przeora Augustyna Kordeckiego oraz około dwustu szlachciców, którzy schronili się tam z rodzinami. Szwedami dowodził generał Burchard Müller, miał około trzech tysięcy żołnierzy i kilkanaście dział. W kategoriach wojskowych oblężenie nie powinno trwać dłużej niż tydzień, dwa. Trwało sześć.
Obrona Jasnej Góry miała znaczenie, którego trudno przecenić, ale nie takie, jakie przypisuje jej popularna legenda. Klasztor obronił się dzięki zaskakująco solidnym fortyfikacjom wzniesionym jeszcze za Zygmunta III, niewielkiej skuteczności szwedzkiej artylerii, zimie, chorobom w obozie oblegających i mistrzowskiej grze psychologicznej Kordeckiego, który prowadził z Müllerem korespondencję przeciągającą negocjacje. Kiedy Szwedzi odstąpili w Boże Narodzenie, w kraju rozeszła się wieść, że Matka Boska sama broniła klasztoru. Cud czy nie cud, efekt był ten sam. Polska się obudziła.
29 grudnia 1655 roku w Tyszowcach hetmani Potocki i Lanckoroński, wczorajsi poddani Karola Gustawa, zawiązali konfederację w obronie króla, wiary i ojczyzny. Jan Kazimierz wrócił z wygnania, przekroczył granicę Rzeczypospolitej w Lubowli w nocy z 17 na 18 grudnia i ruszył na Lwów. 1 kwietnia 1656 roku, w katedrze lwowskiej, w obecności biskupów i szlachty, złożył słynne śluby lwowskie. Ogłosił Matkę Boską Królową Korony Polskiej i obiecał poprawę losu chłopów, co było deklaracją polityczną równie odważną co trudną do zrealizowania. Duch oporu zaczął się rozlewać po całym kraju.
Kluczową postacią tej fazy wojny stał się Stefan Czarniecki, kasztelan kijowski, potem wojewoda ruski, żołnierz bez majątku, ale z geniuszem taktycznym rzadkiej próby. Nie miał armii zdolnej do bitew w polu, więc wymyślił coś, czego Szwedzi nie potrafili pokonać. Ruchliwe zagony lekkiej jazdy, ciągłe napady na kwatery, przecinanie linii zaopatrzenia, odmawianie regularnej bitwy tam, gdzie przeciwnik mógł rozwinąć piechotę i artylerię. To było to, co dziś nazywamy wojną partyzancką, choć termin wtedy jeszcze nie istniał. Pod Warką 7 kwietnia 1656 roku Czarniecki rozbił korpus Fryderyka Badeńskiego, co było pierwszym wyraźnym polskim zwycięstwem w tej wojnie. Pod Kozienicami, pod Strzemesznem, pod Kcynią powtarzał ten sam schemat, szybki manewr, zaskoczenie, krótkie starcie, odskok. Karol Gustaw wściekał się, że Polacy nie chcą walczyć jak należy.
Jednocześnie przeciwko Szwedom zaczął się ruch mas. Chłopi, których szwedzcy furażerzy ograbili ze wszystkiego, tworzyli oddziały samoobrony w Beskidach, na Podhalu, w Wielkopolsce. Partyzantka chłopska była brutalna, bezwzględna i skuteczna w niszczeniu małych garnizonów. Kobiety z Puszczy Kurpiowskiej wciągnęły Szwedów w lasy, gdzie ich mężowie wycinali ich w pień. Jest to jeden z najmniej znanych, a najbardziej interesujących aspektów tej wojny, bo pokazuje, że opór nie był wyłącznie dziełem szlachty.
Wojna jednak dopiero się rozkręcała. Latem 1656 roku do gry weszła Brandenburgia. Elektor Fryderyk Wilhelm, lennik króla Polski z tytułu Prus Książęcych, zdecydował się związać z Karolem Gustawem. 28 do 30 lipca pod Warszawą rozegrała się trzydniowa bitwa, jedno z największych starć epoki. Połączone siły szwedzko-brandenburskie, około osiemnastu tysięcy ludzi, pokonały armię polsko-tatarską liczącą około czterdziestu tysięcy. Jan Kazimierz stracił stolicę po raz drugi. Była to ostatnia wielka bitwa, którą Szwedzi wygrali w Polsce, ale na pozycji strategicznej niewiele im to dało. Kraj był już zbyt duży i zbyt wrogi, by go utrzymać.
W grudniu 1656 roku w Radnot na Węgrzech Karol Gustaw podpisał z elektorem brandenburskim, księciem siedmiogrodzkim Jerzym II Rakoczym, hetmanem kozackim Bohdanem Chmielnickim i Bogusławem Radziwiłłem tajny traktat o rozbiorze Rzeczypospolitej. To pierwszy w historii plan rozbioru Polski. Karol Gustaw miał wziąć Prusy Królewskie i północne Mazowsze, Brandenburgia Wielkopolskę, Rakoczy Małopolskę, Chmielnicki ziemie ruskie, Radziwiłłowie dostać księstwo na Podlasiu. Gdyby plan wszedł w życie, państwo polskie skończyłoby się w 1657, a nie w 1795 roku.
Plan się nie udał. Rakoczy wkroczył do Polski w styczniu 1657 roku z armią około dwudziestu pięciu tysięcy ludzi, doszedł do Krakowa, dotarł do Warszawy, spalił Brześć. Ale szybko okazało się, że jego żołnierze są bardziej bandą grabieżców niż armią, zaopatrzenie się rozsypało, a Czarniecki, razem z hetmanami Jerzym Lubomirskim i Pawłem Sapiehą, zaczął rozbijać siedmiogrodzkie oddziały jeden po drugim. Lubomirski urządził zemstę, przeszedł z wyprawą do Siedmiogrodu i łupił go bezlitośnie. 22 lipca 1657 roku pod Czarnym Ostrowem armia Rakoczego skapitulowała w obliczu wojsk polskich i tatarskich. Książę musiał zapłacić olbrzymie odszkodowanie, a jego wojsko wracające do domu zostało wybite przez Tatarów. Siedmiogród przestał być liczącą się potęgą w Europie Środkowej.
Polityczny przełom nastąpił we wrześniu 1657 roku. Traktaty welawsko-bydgoskie, podpisane 19 września i 6 listopada, oderwały Brandenburgię od obozu szwedzkiego. Ceną była suwerenność Prus Książęcych, czyli zniesienie polskiego zwierzchnictwa lennego. Z punktu widzenia doraźnego Jan Kazimierz potrzebował tego sojusznika. Z punktu widzenia długofalowego była to decyzja katastrofalna. Sto lat później to właśnie Prusy, już wtedy samodzielne królestwo, poprowadzą pierwszy rozbiór Polski.
Do wojny włączyli się także Duńczycy, Holendrzy, cesarz Leopold I, a Karol Gustaw zmuszony był oddzielić coraz większą część armii do walki na zachodzie. Wojna powoli wygasała. 13 lutego 1660 roku w Goteborgu zmarł niespodziewanie Karol X Gustaw, mając zaledwie trzydzieści siedem lat. W Szwecji zaczęła rządzić regencja, która nie miała już ochoty przelewać krwi o Polskę.
3 maja 1660 roku w klasztorze oliwskim pod Gdańskiem podpisano traktat pokojowy. Jan Kazimierz zrzekł się oficjalnie wszelkich pretensji do tronu szwedzkiego. Szwecja oddała większość zajętych ziem, zatrzymując jednak Inflanty po Dźwinę. Brandenburgia potwierdziła zdobycz, czyli suwerenność w Prusach. Formalnie Rzeczpospolita utraciła niewiele. Faktycznie przeżyła katastrofę, z której nigdy się w pełni nie podniosła.
Straty były gigantyczne. Demograficzne szacunki mówią o utracie około jednej trzeciej ludności, choć liczba ta obejmuje również ofiary równoległej wojny z Rosją, epidemii, głodu i marszów wojsk kozackich. Miasta zostały zrujnowane. Warszawa z około dwudziestu tysięcy mieszkańców spadła do niewiele ponad pięciu. Kraków utracił około połowy ludności i znaczną część zabudowy. Zniszczono około sześciu tysięcy wsi. Rolnictwo, handel, rzemiosło cofnęły się o dekady. Wywieziono do Szwecji tak wiele książek, obrazów, ornatów, kielichów i mebli, że dzisiejsze zbiory Skoklosteru, Uppsali i Sztokholmu są w dużej mierze zbiorami polskimi. Spalono archiwa, zniszczono pamięć o wielu rodach, zaginęły akta sądowe i gospodarcze.
Głębsze skutki były polityczne. Pokój oliwski nie przyniósł Polsce bezpieczeństwa, tylko pauzę. Osłabione państwo nie miało już siły reformować ustroju. Kolejni królowie, Michał Korybut Wiśniowiecki, Jan III Sobieski, August II, uderzali w tę samą ścianę, czyli w opór szlachty wobec modernizacji armii, podatków i administracji. Potop odebrał Rzeczypospolitej zasoby materialne potrzebne do nadrobienia zaległości wobec sąsiadów, a także coś mniej wymiernego, poczucie, że państwo jest niezwyciężone. Po 1660 roku nikt w Europie już tak nie myślał.
W polskiej pamięci potop zapisał się dwoma wzorcami. Pierwszy to wzorzec zdrady, Ujście, Kiejdany, hetmani koronni klękający przed Karolem Gustawem w październiku 1655 roku. Drugi to wzorzec odrodzenia, Jasna Góra, śluby lwowskie, zagony Czarnieckiego, chłopi kurpiowscy w lasach. Sienkiewicz w drugim tomie trylogii zbudował z tego mit narodowy, ale mit ten, mimo uproszczeń, ma realne źródła w faktach. Rzeczpospolita rzeczywiście została postawiona pod ścianą, rzeczywiście upadła w kilka miesięcy i rzeczywiście dźwignęła się sama, gdy mało kto dawał jej jeszcze szanse.
Potop szwedzki trwał formalnie pięć lat, od lipca 1655 do maja 1660. Zmienił twarz Polski, architekturę miast, strukturę ludnościową, bilans sił w Europie Środkowej i Wschodniej. Zapoczątkował proces, który stulecie później doprowadzi do rozbiorów, ale zapoczątkował też coś innego, świadomość, że przetrwanie państwa nie jest rzeczą oczywistą i że czasem trzeba je ratować nie w bitwach pod Żarnowem, lecz za murami zimowego klasztoru, w lasach, w partyzanckich zagonach i w decyzji zwykłych ludzi, którzy po prostu postanowili, że ten obcy król nie będzie ich królem.

Brak komentarzy: