DOKTOR PRAWA. DOWÓDCA SZWADRONU ŚMIERCI.
Werner Braune nie był prymitywnym bandytą.
Skończył studia prawnicze na uniwersytetach w Jenie, Bonn i Monachium. Obronił doktorat. Miał zostać człowiekiem prawa.
Zamiast tego już jako 22-latek wstąpił do NSDAP, a chwilę później do struktur SA, SS, SD i Gestapo. Robił błyskawiczną karierę nie dlatego, że był szaleńcem. Był sprawnym urzędnikiem zbrodni.
Jesienią 1941 roku objął dowództwo Sonderkommando 11b w składzie Einsatzgruppe D – mobilnych oddziałów zagłady podążających za Wehrmachtem na Wschodzie.
To pod jego dowództwem w Symferopolu na Krymie w ciągu zaledwie trzech dni zamordowano około 14 300 Żydów – mężczyzn, kobiet i dzieci. Nie w komorach gazowych. Nad wcześniej wykopanymi dołami. Strzałami w tył głowy.
Po wojnie Braune nie okazał skruchy.
Przed trybunałem w Norymberdze tłumaczył się wykonywaniem rozkazów. Przyznał jednak bez ogródek, że zatrzymani Żydzi byli po prostu rozstrzeliwani. Sąd nie uznał tej linii obrony.
W 1948 roku skazano go na karę śmierci.
7 czerwca 1951 roku został powieszony w więzieniu Landsberg. Idąc na szubienicę zdążył jeszcze krzyknąć:
„Towarzysze, niech żyją Niemcy!”
Historia Wernera Braune przypomina o czymś niezwykle ważnym. W Niemczech największe zbrodnie nie zostały popełnione przez fanatyków z pianą na ustach. Często stali za nimi wykształceni ludzie w garniturach, z tytułami naukowymi, którzy potrafili zamienić administrację w narzędzie masowego mordu.
Zobacz materiał: Alternatywa dla Historii. Jak partia AfD rozumie dzieje Niemiec w tym historię Polski | część 1
youtu.be/PofE0moewzY
za Historia jakiej nie znacie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz