Polski legionista, korsarz z Karaibów, żołnierz Napoleona, a na końcu urzędnik w Przasnyszu. Życiorys Kazimierza Luxa brzmi niemal jak scenariusz filmu przygodowego.
Kazimierz Lux urodził się 4 marca 1780 roku w Warszawie. Jeszcze jako bardzo młody człowiek przedostał się do formowanych we Włoszech Legionów Polskich Jana Henryka Dąbrowskiego. Walczył m.in. pod Rzymem, Gaetą i Kapuą, uczestniczył w bitwie nad Trebbią, a podczas oblężenia Peschiery został ranny.
Najbardziej niezwykły rozdział jego życia rozpoczął się jednak daleko od Europy.
W 1803 roku Lux wraz z polskimi żołnierzami trafił na San Domingo, czyli dzisiejsze Haiti. Polacy zostali wysłani tam w ramach francuskiej ekspedycji mającej odzyskać kontrolę nad zbuntowaną kolonią. Była to tragiczna wyprawa – tysiące żołnierzy ginęły nie tylko w walkach, ale przede wszystkim wskutek chorób tropikalnych, zwłaszcza żółtej febry. Lux przeżył, lecz dostał się do brytyjskiej niewoli.
Po uwolnieniu powrócił na Karaiby. I wtedy jego biografia nabiera jeszcze bardziej awanturniczego charakteru.
W 1805 roku został przydzielony do korsarskiego okrętu „Mosquito”. W popularnych tekstach Lux często nazywany jest „polskim piratem”, ale określenie korsarz jest dokładniejsze – działał w ramach francuskiej wojny morskiej przeciw przeciwnikom Francji. Źródła wspominają m.in. o atakach na brytyjskie i amerykańskie jednostki.
Jednym z najbardziej spektakularnych epizodów miało być przechwycenie amerykańskiego brygu przewożącego broń dla Haitańczyków. Statek został opanowany abordażem, a następnie doprowadzony do Hawany i sprzedany za 20 tysięcy franków. Część dochodów z działalności korsarskiej przeznaczano na pomoc jeńcom, inwalidom wojennym i znajdującym się w trudnej sytuacji polskim legionistom.
Nie można jednak zapominać o ciemniejszej stronie tej historii. Polscy legioniści znaleźli się na San Domingo jako część sił francuskich walczących przeciw rewolucji, która wyrosła z buntu ludzi wcześniej żyjących w niewoli. Lux – człowiek walczący o nadzieję na odzyskanie własnej ojczyzny – sam znalazł się więc po stronie mocarstwa próbującego podporządkować sobie mieszkańców karaibskiej kolonii. To jeden z największych paradoksów jego biografii.
Gdy dotarła do niego wiadomość o wkroczeniu wojsk Napoleona na ziemie polskie, porzucił Karaiby i wrócił do Europy. Służył następnie w Legii Północnej i armii Księstwa Warszawskiego. Wziął udział w wojnie z Austrią w 1809 roku, a następnie w katastrofalnej wyprawie Napoleona na Rosję w 1812 roku. Jako dowódca batalionu 17. Pułku Piechoty odznaczył się m.in. podczas walk i odwrotu Wielkiej Armii.
W 1813 roku uczestniczył w długiej obronie twierdzy Modlin. Za swoją służbę otrzymał m.in. Złoty Krzyż Virtuti Militari, a według dokumentów związanych z jego służbą również Legię Honorową.
Po utworzeniu Królestwa Polskiego pozostał w wojsku i dosłużył się stopnia majora w 3. Pułku Strzelców Pieszych. W 1820 roku zakończył karierę wojskową.
I właśnie wtedy zaczyna się mniej znany, ale dla naszego regionu szczególnie interesujący fragment jego życia.
Lux rozpoczął służbę cywilną. W 1821 roku został komisarzem obwodu płockiego, a w 1832 roku objął stanowisko komisarza obwodu przasnyskiego. Dawny legionista, żołnierz walczący we Włoszech, uczestnik wyprawy na Haiti, karaibski korsarz i weteran kampanii napoleońskich przez kolejne lata był więc związany właśnie z Przasnyszem. Źródła z epoki przedstawiały go jako czynnego i gorliwego urzędnika.
Pozostawił również wspomnienia. Duża ich część nie przetrwała do naszych czasów, jednak zachował się jego opis San Domingo – niezwykle ciekawy zapis spotkania Polaka początku XIX wieku z Karaibami, ich klimatem, przyrodą i mieszkańcami. Tekst został opublikowany już po jego śmierci w „Bibliotece Warszawskiej”.
Kazimierz Lux zmarł 16 sierpnia 1846 roku w Warszawie.
Żołnierz, podróżnik, korsarz, pamiętnikarz i urzędnik. Człowiek, którego los rzucał od Italii, przez Karaiby i Rosję, aż po Modlin i Przasnysz.
Aż trudno uwierzyć, że jeden człowiek mógł przeżyć tyle w ciągu jednego życia.
I chyba właśnie dlatego Kazimierz Lux zasługuje dziś na przypomnienie – szczególnie w Przasnyszu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz