ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

czwartek, 28 grudnia 2017

To są właśnie Polskie dziewczyny


„Turbosłowianizm” jako operacja socjotechniczna

„Turbosłowianizm” jako operacja socjotechniczna

Pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.

I. Ariozofia z Łubianki
Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego numeru „PN” będę dziś kontynuował wątek mitu „Imperium Lechitów” i „turbosłowianizmu” - tyle, że już nie w kontekście odkłamywania historycznych bredni, ale zupełnie współczesnym. Otóż stawiam tezę, że teoria „Wielkiej Lechii” została nam celowo podrzucona, by „rozprowadzić” i skłócić polskie środowiska patriotyczne, nade wszystko zaś, by poderwać zaufanie do naszej cywilizacyjno-kulturowej spuścizny nierozerwalnie związanej z katolicyzmem. Staję tu po stronie Stanisława Michalkiewicza, który „Wielką Lechię” nazwał dosadnie „ubeckimi rzygowinami” - z zastrzeżeniem, że ja dopatrywałbym się inspiracji nie tyle wśród rodzimych ubeków, ile u ich mistrzów i mocodawców z Łubianki. Mamy zatem operację socjotechniczną, którą możemy obserwować w czasie rzeczywistym, zaś różne poszlaki zebrane razem składają się na charakterystyczny „odcisk palca”.
Podbudowy ideologicznej „turbosłowianizmu”, jak zauważył historyk Roman Żuchowicz w rozmowie z portalem jagiellonski24.pl, należy szukać w niemieckiej „ariozofii”. Ten ezoteryczny, tudzież teozoficzno-volkistowski nurt, stworzony na początku XX w. przez austriackiego okultystę Guido von Lista, głosił wyższość Ariów jako wojowniczej i najbardziej rozwiniętej duchowo rasy nad innymi narodami (oczywiście, w ujęciu Lista potomkami Ariów mieli być Niemcy). W miejsce zdobyczy cywilizacyjnych, jako tworów rzekomo „semickich”, postulował powrót do natury. Co istotne, ariozofia została twórczo zaimplementowana na gruncie rosyjskim, ciesząc się szczególną popularnością w okresie zamętu podczas rozpadu ZSRR - z tym, że oczywiście jej rosyjscy zwolennicy utożsamili Ariów ze Słowianami. W ten oto sposób otrzymaliśmy receptę na „turbosłowianizm”, co postanowili zaadaptować do naszych warunków panowie Szydłowski z Bieszkiem, tworząc antyzachodni mit „Wielkiej Lechii”.
Należy zauważyć, że w realiach rosyjskich taka kompensacja miała walor pozytywny i podtrzymujący morale, na zasadzie - teraz wprawdzie przeżywamy „smutę” i upokorzenie wywołane rozpadem imperium, ale jesteśmy dumnymi „Ariami” i jeszcze wszystkim pokażemy. Jednak w warunkach polskich podobna mitologia ma jednoznacznie destrukcyjny charakter, stanowiąc czytelną próbę odcięcia nas od cywilizacji łacińskiej na rzecz jakoby rdzennie słowiańskiej mistyki i różnych historyczno-duchowych fantazmatów. Nie bez przyczyny opowieść o „Lechitach” przyjęły z entuzjazmem środowiska „rodzimowiercze”, głoszące powrót do „korzeni” i walkę z „watykańską okupacją”, podobnie jak część prorosyjskich (i antysemickich, bo to często idzie w parze) grup narodowych. Dla innych z kolei „Imperium Lechitów” jest kuszącym „cukierkiem”, kompensującym poczucie historycznej krzywdy, przekierowując przy okazji energię i patriotyczne instynkty w koleiny walki o powrót na łono „wielkiej, słowiańskiej rodziny”. Ciekawe tylko, jak by się dogadali z Rosjanami co do tego, kto w tej „rodzinie” ma dzierżyć prymat?

II. „Wielka Lechia” – czyli od panslawizmu do Dugina
Otrzymujemy zatem przystosowaną do współczesności nową odsłonę panslawizmu– carskiej, imperialnej doktryny głoszącej jedność Słowian pod rosyjskim przywództwem. W tej optyce, Polacy przyjmując katolicyzm i kierując się ku Zachodowi pozostawali „zdrajcami”. Jeżeli spojrzeć na „Wielką Lechię” od tej strony, to widzimy, że daje ona nam perspektywę „nawrócenia” - zrzucając jarzmo „watykańskiej okupacji” i odwracając się od Zachodu, który zdradziecko zniszczył nasze „imperium”, otwieramy sobie drogę do powrotu i odbudowy dawnej świetności słowiańszczyzny.Wiem, jak to brzmi, ale takie są właśnie logiczne konsekwencje fundowanej nam lechickiej mitologii, jeśli potraktować ją w kategoriach doktryny politycznej.
Rozwijając powyższe - w naturalny sposób zatem wrogiem numer jeden staje się tu katolicyzm oraz związane z nim zaplecze kulturowe i cywilizacyjne. Wrogiem nie jest natomiast rosyjskie prawosławie, ponieważ poprzez tradycję wprzęgnięcia Cerkwi w machinę władzy dokonała się w nim na przestrzeni dziejów de facto podmiana przedmiotu czci – formalnie mówi się wciąż o Bogu, ale tak naprawdę obiektem kultu staje się „święta Ruś”, mająca objąć swymi skrzydłami całą słowiańszczyznę. A zatem rosyjskie prawosławie ma w istocie charakter pogański, co trafnie odczytał współczesny rosyjski ideolog „eurazjatyzmu”, Aleksander Dugin. A teraz wróćmy do „Wielkiej Lechii”, która rzekomo obejmowała właśnie obszar Eurazji – i wszystko zaczyna do siebie pasować. Dodajmy, że obsesyjnie nienawidzący katolicyzmu Dugin przewiduje łaskawie dla Polaków miejsce w rosyjskiej eurazji, pod warunkiem wyrzeczenia się naszej religii – inaczej będziemy zniszczeni. Podsumowując ten watek, pod postacią „Wielkiej Lechii” otrzymujemy w istocie zamaskowany, panslawistyczny eurazjatyzm.
Jeżeli nawet „Wielka Lechia” nie zainfekuje umysłów większości Polaków (póki co, na szczęście się na to nie zanosi), to może skutecznie, poprzez swoje odwołujące się do „dawnej świetności” kuszące opakowanie wprowadzić zamęt wśród najbardziej patriotycznej części opinii publicznej, co z rosyjskiego punktu widzenia również jest gratką nie do pogardzenia. I ten cel jest realizowany na naszych oczach – wystarczy zajrzeć do internetu, gdzie temperatura sporów przekracza wszelkie rozsądne rejestry. Warto tu przypomnieć „Sztukę Wojny” Sun Tzu, będącą lekturą obowiązkową dla adeptów rosyjskich służb – wśród zasad chińskiego mędrca mamy m.in. takie: „dyskredytujcie wszystko, co dobre w kraju przeciwnika”; „zasiewajcie waśnie i niezgodę między obywatelami wrogiego kraju”; „ośmieszajcie tradycje waszych przeciwników”. „Wielka Lechia” wraz ze swą otoczką spełnia przytoczone przykazania z naddatkiem, siejąc nieufność do naszej tradycji, religii i historii.
Zgodnie z zasadą działalności służb jako „gabinetu luster” w którym sygnał docierający do finalnego odbiorcy stanowi któreś z kolei odbicie kamuflujące rzeczywistego nadawcę, również i tutaj lechicki mit nie przyszedł do nas bezpośrednio z Moskwy – taka ostentacja wzbudziłaby u wielu odruch podejrzliwości. Intoksykacja odbyła się nie wprost, lecz za pośrednictwem różnych „mędrców internetu”, wywołując przez to wrażenie, że jest efektem samodzielnych poszukiwań domorosłych „badaczy”. W efekcie nie sposób dociec, którzy z nich są zadaniowanymi agentami urabiającymi opinię, a którzy naiwnymi entuzjastami – czy np. Paweł Szydłowski z Kanady głosi swoje toksyczne brednie bo takie ma zadanie, czy też został dyskretnie przez kogoś naprowadzony, tak by wydawało mu się, że sam dokonał wiekopomnego odkrycia? Warto też przypomnieć, że książki Janusza Bieszka wydaje „Bellona” - dawne wojskowe wydawnictwo sprywatyzowane z udziałem PRL-owskich trepów wysokiego szczebla.

III. Literacki potencjał Słowiańszczyzny
Na zakończenie pozwolę sobie na odrobinę przekory. Otóż jako miłośnik szeroko rozumianej fantastyki, w tym również fantasy, dostrzegam w micie „Wielkiej Lechii” niemały potencjał literacki – gdyby oczywiście oczyścić go z opisanych wyżej trujących miazmatów. Gdyby wziął się za to odpowiednio zdolny autor, moglibyśmy otrzymać „słowiański epos” może nawet na miarę „Władcy Pierścieni” Tolkiena. Niestety, guru „turbosłowianizmu” porównywalnych talentów nie zdradzają, toteż póki co mamy jedynie toporne, psuedohistoryczne wypociny, do tego fatalnie napisane. Cóż, J.R.R. Tolkien był wybitnym naukowcem, językoznawcą, do tego gorliwym katolikiem – przekopując się żmudnie przez nordycką i celtycką mitologię, z których czerpał garściami przy tworzeniu fikcyjnego świata, jednocześnie filtrował je przez swój katolicyzm. W efekcie, „ochrzcił” w swym dziele pogańskie mity, niczym św. Patryk irlandzkie źródełka, a czytelnicy otrzymali porywającą, uniwersalną opowieść o walce dobra ze złem. Aż się prosi, by ktoś dysponujący odpowiednią wiedzą i warsztatem literackim skonstruował coś w rodzaju „słowiańskiego Śródziemia”.
Jest też pewna analogia – Tolkien uważał, że największym dziejowym nieszczęściem Anglii był podbój wyspy przez Wilhelma Zdobywcę i jego Normanów. Podobny „apokaliptyczny” wątek mamy w przypadku lechickiego imperium – z tym, że tu w roli czarnego charakteru zostali obsadzeni Niemcy i Watykan, co w tym drugim przypadku jest o tyle absurdalne, że Polska (ale też i Węgry) często była sprzymierzeńcem papiestwa w walce z hegemonistycznymi zapędami cesarstwa niemieckiego, a chrzest przyjęliśmy nie na skutek demonicznego spisku, lecz m.in. po to, by wytrącić z niemieckich rąk oręż propagandowy usprawiedliwiający podboje „walką z poganami”. Przełożyć to wszystko na język mitu, metafory – oto wyzwanie godne mistrza! Jest wszakże jeden warunek – Tolkien tworząc własne literackie uniwersum miał świadomość, że nie „odkrywa” zapomnianej historii, tylko tworzy swoistą legendę. I właśnie tego – umiejętności odróżniania faktów od fikcji należałoby życzyć potencjalnemu autorowi, a także... czytelnikom.

Gadający Grzyb

Wirtualny pieniądz i realny dług

Wirtualny pieniądz i realny dług

Mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.
Tydzień temu, omawiając pracę prof. Richarda A. Wernera „Stracone stulecie w ekonomii. Trzy teorie i niezbity dowód”, wyjaśniliśmy sobie fałsz teorii rezerwy cząstkowej i bankowej teorii pośrednictwa finansowego. Została natomiast empirycznie potwierdzona słuszność bankowej teorii kreacji kredytu, wedle której bank udzielając kredytu tworzy nowy pieniądz. Dziś przyjrzymy się konsekwencjom tego stanu rzeczy dla uboższych, rozwijających się krajów, zmuszanych do zaciągania pożyczek w obcych walutach.
Otóż takie instytucje jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy prowadząc doradztwo w różnych państwach (a taki „patronat” jest zazwyczaj niezbędny do pozyskania finansów ze światowych rynków), niejako przymuszają je do zadłużania się – pod „zastaw” przyszłych podatków obywateli i majątku narodowego (przemysł, infrastruktura, surowce). Prof. Werner analizując tę politykę doszedł do wniosku, że działa ona na niekorzyść krajów-dłużników, których sytuacja każdorazowo staje się gorsza, niż gdyby w ogóle nie brały zagranicznych pożyczek. Efekt nieodmiennie jest taki sam – kolonialny drenaż, co w skali globalnej przejawia się w zjawisku przepływów finansowych od państw biednych do bogatych.
Dzieje się tak dlatego, że owe „pożyczki” są w istocie rzeczy wielką fikcją i pułapką zastawianą na słabszych uczestników światowej wymiany gospodarczej. Mechanizm jest następujący: zgodnie z bankową teorią kreacji kredytu, instytucje finansowe udzielając pożyczek kreują pieniądz. Tyle że... te pieniądze nigdy nie wpływają do gospodarek państw zadłużających się! Realia międzynarodowej rachunkowości pokazują, twierdzi Werner, że euro i dolary pozostają w „macierzystych” systemach bankowych. Cóż zatem otrzymują kredytobiorcy? Tylko tyle, że waluty zagraniczne stanowią wirtualny przelicznik, na podstawie którego następuje denominacja na waluty narodowe. Innymi słowy, te „pożyczki” służą jedynie wypuszczeniu na lokalny rynek ich ekwiwalentu w miejscowej walucie. Ale – i tu docieramy do sedna – powstały w ten sposób „dług” jest już jak najbardziej realny, zaś jego obsługa i spłata kapitału dokonywana musi być w „pożyczonych” euro i dolarach. Krótko mówiąc, mamy do czynienia ze zorganizowanym systemem łupiestwa w białych rękawiczkach – kraje zadłużające się nie widziały obcych walut na oczy, lecz właśnie w nich muszą spłacać swoje zobowiązania.
Przypomina to jako żywo znaną nam aż za dobrze sprawę tzw. „kredytów frankowych”, gdzie również prawdziwych franków szwajcarskich na linii bank-klient nie było w obrocie, co nie przeszkodziło w „alchemicznym” wykreowaniu często niespłacalnego, wciąż rosnącego zadłużenia. Podobnie jest z obrotem w skali międzynarodowej. Opisywany tu mechanizm prowadzi bowiem do stopniowego osłabiania walut krajowych i narastania spirali długu – zaś na końcu tego patologicznego łańcucha fikcji znajduje się zawsze kieszeń podatnika i jak najbardziej namacalne aktywa państwowe, które idą w końcu pod młotek, choćby poprzez konwersję długu na udziały w majątku narodowym, co przerobiliśmy na własnej skórze podczas sławetnej „transformacji gospodarczej”. Jak trzeźwo zauważa Richard Werner, kredyt w walucie narodowej państwa mogłyby zorganizować sobie same, bez konieczności uciekania się do uzależniającego zagranicznego przelicznika – bo tworzyć pieniądz z niczego poprzez bankową kreację kredytu mogłyby chociażby miejscowe banki centralne.
W tym momencie słyszę głosy, że to samobójstwo, bo pod naciskiem ignoranckich i nieodpowiedzialnych rządów nadrukowano by pustego, inflacyjnego pieniądza. Cóż, biorąc pod uwagę, jak przy okazji ostatniego kryzysu finansowego urządzili nas „fachowi” i „odpowiedzialni” bankierzy, wolę postawić jednak na rząd, który w przeciwieństwie do globalnej banksterki przynajmniej pozostaje pod jakąś społeczną kontrolą. Tak się składa, że to właśnie owi bankowi „fachowcy”, bez których ponoć świat nie może funkcjonować, nadmuchali niekontrolowaną, spekulacyjną „bańkę”, w efekcie której trzeba było zasypywać kryzys lawinowym „luzowaniem ilościowym” i kolejnymi bilionami dolarów i euro. A zatem i tak skończyło się na „drukowaniu”.
Werner proponuje w to miejsce inne rozwiązania – np. politykę „wytycznych kredytowych” polegającą na regulacjach określających ilość i alokację kredytów w kierunku pożądanym z punktu widzenia stabilnego rozwoju gospodarczego (produkcja), przy ograniczaniu kredytów na zakup różnych „aktywów finansowych” powodujących bańki spekulacyjne. Alternatywą może być również system niemiecki opierający się na rozdrobnionym sektorze bankowym składającym się z małych, lokalnych podmiotów, działających niezarobkowo. Z kolei model oparty na pożyczkach od własnych banków centralnych (w miejsce emitowania obligacji) umożliwia zwiększenie podaży pieniądza i wzrost nominalnego PKB, a co za tym idzie - wpływów podatkowych. Jest więc w czym wybierać, a każda z tych propozycji ma jedną, podstawową zaletę – jest lepsza niż obecna bandyterka.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

28.XII.43 Reichsführer-SS H.Himmler mianuje SS-Brigadeführera Heinza Reinefartha

28.XII.43 Reichsführer-SS H.Himmler mianuje SS-Brigadeführera Heinza Reinefartha Naczelnym Katem Polaków w Kraju Warty.Doceniony zostaje później Naczelnym Katem Polaków Warszawy.A po 45 wizytówką wzorowego Niemca. Na zdj.z 2 Katem Warszawy Bach-Zelewskim

Legenda o “rycerskim” Wehrmachcie. Tak powstawał mit o nieskazitelnej armii Hitlera

Legenda o “rycerskim” Wehrmachcie. Tak powstawał mit o nieskazitelnej armii Hitlera


                                                                                         
Początek Zimnej Wojny i konieczność zajęcia stanowiska w związku ze stratami podczas II wojny światowej przyczyniły się do powstania legendy o „czystym” Wehrmachcie w Niemczech Zachodnich. W różnej formie spotkał się z nią każdy, kto sięgnął po wspomnienia niemieckich oficerów.

Wśród dziewiętnastu oskarżonych przedstawicieli systemu nazistowskiego sądzonych przez międzynarodowy trybunał w Norymberdze znalazło się pięciu członków najwyższego dowództwa armii niemieckiej. Wypowiedzi żołnierzy w mundurach bez dystynkcji były niemal identyczne. W ich pewnych siebie i aroganckich przemowach wciąż powtarzały się słowa o poczuciu obowiązku, ewentualnie zaznaczali, że sprawiedliwość „dyktują zwycięzcy”, a wszystkie ich działania były spowodowane poczuciem honoru wojskowego.
Nikt z nich nie czuł odpowiedzialności za miliony ofiar niemieckich działań wojennych. Obok byłego marszałka Göringa, sądzonego między innymi za działalność w partii nazistowskiej, najwyższy wymiar kary usłyszeli jedynie były szef sztabu generalnego marszałek Wilhelm Keitel i jego współpracownik, szef sztabu operacyjnego generał pułkownik Alfred Jodl. Warto zaznaczyć, że egzekucja Jodla wywołała wśród Aliantów spory. Jeden z sędziów mówił nawet o porażce sprawiedliwości. Z tego powodu w 1953 r. jego proces przeprowadzono ponownie, jednak zupełną rehabilitację Jodla uniemożliwił nacisk amerykańskiego komisarza okupacyjnego.
Erich Raeder został skazany na dożywocie, a Karl Dönitz na dziesięć lat pozbawienia wolności. Znamienne jest, że wielu amerykańskich oficerów marynarki wojennej z admirałem Nimitzem na czele ubolewało nad wyrokiem Dönitza. On sam bez oznak żalu skomentował to jako „typowy przykład amerykańskiego poczucia humoru”. Procesy te były bardzo skomplikowane, ponieważ wraz z eliminacją nazizmu próbowano również pozbyć się podstaw niemieckiego militaryzmu.
Kesselring i von Manstein
Podobną strategię obrony, opartą na zakłamywaniu rzeczywistości i świadomym zatajaniu informacji, wybrali oskarżeni w ramach procesu dowództwa naczelnego, który odbył się w 1948 r. Czternastu feldmarszałków i generałów nie wyraziło najmniejszego żalu nawet wobec przerażających dowodów na ich zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Wszyscy uważali, że nie ponoszą za nie odpowiedzialności osobistej i odwoływali się do odgórnie wydanych rozkazów. Ich zdaniem winni byli zwłaszcza ci, którzy w czasie procesu już nie żyli. Ponieważ sędziowie wymierzali sprawiedliwość jedynie na podstawie winy indywidualnej, bez względu na strukturę hierarchii wojskowej, w tym przypadku kary były stosunkowo łagodne.
Paradoks tej sytuacji był widoczny już podczas procesu marszałka Alberta Kesselringa (1946/1947) oraz później, podczas procesu bardzo popularnego Ericha von Mansteina (1949). W drugiej połowie lat 40. stosunek opinii publicznej do procesów był znacznie łagodniejszy. Wyraźną rolę w tej kwestii odegrała rozpoczynająca się Zimna Wojna – zwycięskie kraje zachodnie zawiązujące w Europie nowe sojusze przymykały oczy na zbrodnie dawnych wrogów, a przyszłych sprzymierzeńców.
Kesselring, sądzony za okrucieństwa popełnione pod jego dowództwem we Włoszech, wciąż nie zgadzał się z zarzutami i twierdził, że „niemieccy żołnierze pomimo krwawej sztuki wojny kierowali się względami humanitarnymi, kulturalnymi i ekonomicznymi, które rzadko występują w wojnach tego typu“. W rzeczywistości w konsekwencji działań Wehrmachtu we Włoszech w latach 1943–1945 zginęło 46 000 internowanych żołnierzy włoskich i jeńców wojennych, 37 000 osób deportowanych z powodów politycznych, 16 000 włoskich cywilów i 7 400 Żydów. Wbrew słowom Kesselringa, nie świadczyło to o „czystej“ wojnie.
Jeszcze większy wpływ zimnej wojny był odczuwalny podczas procesu von Mansteina. Pierwszy strateg , zawsze wierny rządowi nazistowskiemu, regularnie dostawał raporty z działalności Einsatzgruppe D, która podlegała jego 11 Armii. Jednak w nowej sytuacji geopolitycznej popularny oficer miał stać się „symbolem pojednania“, w ten sposób chciano rozgrzeszyć Niemców. Przeciwko „poniżaniu” niemieckiego marszałka występowali głównie Brytyjczycy, a wyidealizowany pogląd o jego nienaganności zaszedł tak daleko, że były premier Churchill opłacał jego brytyjskiego obrońcę.
Mimo że von Mansteina skazano na 18 lat pozbawienia wolności, został zwolniony już w 1953 r., a jego „dobre imię” w ogóle nie ucierpiało. Był przedstawiany jako uosobienie pruskiego honoru wojskowego, co dobrze widać w mowie jego obrońcy: „Dla Niemiec Manstein nigdy nie będzie zbrodniarzem wojennym. Jest bohaterem swojego narodu i nim pozostanie.“ To właśnie von Manstein stał się jednym z głównych bohaterów legendy o „nieskazitelnym Wehrmachcie“, którą zaczęli podczas Zimnej Wojny tworzyć nie tylko byli generałowie niemieccy, ale także ich dawni wrogowie z Zachodu.
Polegli Niemcy zbrodniarzami?
Procesy przedstawicieli systemu nazistowskiego od początku były prowadzone tak, by uniknąć późniejszych fałszywych interpretacji i legend. Jak tłumaczył jeden z amerykańskich oskarżycieli: 
„Bez skazania dwóch czy trzech feldmarszałków i dwunastu generałów, podobnie jak to było po I wojnie światowej, ludzie mogliby odnieść wrażenie, że generałowie byli lub są dobrymi, starszymi, dobrze wykształconymi panami, którzy nie dopuszczali się czynów, o jakie zostali oskarżeni, a nawet nie chcieliby mieć z nimi nic wspólnego. Zdemaskowaliśmy ich i teraz muszą się pokazywać w prawdziwym świetle. Jestem przekonany, że dzięki temu w przyszłości ludzie nie będą ślepo wierzyć w mundury generałów i nie będą od nich oczekiwać ponownej chwały Niemiec”.
Ze względu na sytuację polityczną oraz zręczną argumentację oskarżonych i ich obrońców, legenda o honorowym Wehrmachcie, sprowadzonym na złą drogę przez podstępny system polityczny, stawała się coraz bardziej wyraźna. W znacznej mierze wpłynęły na to również starania zwykłych Niemców o usprawiedliwienie ofiar wojny. W Wehrmachcie w latach 1935–1945 służyło ponad 18 milionów Niemców, więc była to w tych czasach nieodłączna część niemieckiego społeczeństwa, a nie zwykła instytucja. Znacznie łatwiej było więc traktować poległych synów jak bohaterów, a nie jak zbrodniarzy.
Jak zauważył Wolfram Wette, autor ciekawego opracowania na ten temat, proces gloryfikacji armii niemieckiej w Niemczech Zachodnich zaczął się od najbardziej kontrowersyjnego zjawiska – Holocaustu. Uczestnictwo Wehrmachtu w tych przerażających i zbrodniczych działaniach nie zostało uwzględnione ani w Norymberdze, ani podczas kolejnych procesów. Niemieckim przedstawicielom wojskowym z biegiem czasu udało się wmówić, że za śmierć milionów niewinnych Żydów odpowiadali jedynie członkowie SS, podlegający bezpośrednio rozkazom Hitlera i Himmlera.
Znaczenie wspomnień
Kluczowym świadectwem w obronie Wehrmachtu stały się popularne wspomnienia dowódców wojskowych. Już w 1946 r. polecono zebrać pamiętniki niemieckich oficerów w ramach programu historycznego zainicjowanego przez armię amerykańską. Nad swoimi wspomnieniami w okresie powojennym pracowało ponad trzystu generałów, a całym projektem kierował były szef sztabu generalnego, poważany generał pułkownik Franz Halder, który tłumaczył współpracę z armią amerykańską próbą „kontynuowania walki z bolszewizmem”.
Halder, który sam siebie przedstawiał jako odważnego oponenta Hitlera, stał się w znacznej mierze ideologiem „legendy o czystym koncie“ armii niemieckiej. Dla nowych „pisarzy” stworzył jasny kontekst polityczno-historyczny, w którym wystarczyło umieścić swoją własną historię.
Historyk Bernd Wegner krótko scharakteryzował jego strategię: 
„Wehrmacht jako całość, ale przede wszystkim dowództwo, stało się historycznymi ofiarami Hitlera, zostało wykorzystane przez jego zbrodniczą politykę. Próbowano stawiać mu opór na różne sposoby, nawet poprzez zamordowanie tyrana – pod hasłem „Dwudziesty lipca”. Z tej perspektywy sposób prowadzenia wojny w cudowny sposób rozbiega się z celami politycznymi rządu. Jeżeli wojna nie była po prostu zbiegiem okoliczności lub koniecznym rozwiązaniem zapobiegawczym, przedstawiano ją jako dzieło demoniczne i ahistoryczne, była po prostu „wojną Hitlera”. Od wodza i wojny można było się dystansować na dwa sposoby: z jednej strony moralnie, czyli dokładne oddzielając czyste i porządne prowadzenie wojny przez Wehrmacht od brudnych i krytykowanych przez opinię publiczną działań SS. Z drugiej strony dystans pojawiał się w wymiarze profesjonalnym i specjalistycznym – niepowodzenia operacyjne i strategiczne przypisywano warunkom pogodowym i geograficznym, a przede wszystkim dyletanctwu Hitlera. Nigdy nie wspominano o własnych błędach w taktyce i dowodzeniu”.
Opinia publiczna
Halder i jego biuro mieszczące się w Karlsruhe zyskał w latach 50. monopol na prezentowanie historii wojny. Swoją interpretację narzucał nie tylko byłym oficerom, którzy bez zastrzeżeń ją przyjmowali, ale również profesjonalnym historykom i badaczom. Oficjalnym celem Haldera było stworzenie pomnika bohaterstwa armii niemieckiej, mniej się mówiło o próbie zacierania śladów, przeinaczaniu faktów i wywieraniu wpływu na opinię publiczną. Wbrew późniejszej krytyce i obiektywnej ocenie sytuacji, wiele stereotypów wymyślonych w jego biurze w Karlsruhe przetrwało do dziś – profesjonalizm oraz do pewnego stopnia niezwyciężoność Wehrmachtu, obraz rycerskich, honorowych i empatycznych oficerów, wrogość wobec przedstawicieli rządu i SS, późniejsza refleksja i „odkupienie“ w postaci poświęcenia się narodowi i ojczyźnie.
Takie brzmienie mają wspomnienia samego Haldera, a także Dönitza, Guderiana, Kesselringa oraz bestseller von Mansteina o wymownym tytule Stracone zwycięstwa. Wspomnienia opisujące zmarłych dowódców, takich jak Rommel czy Paulusa można porównać do hagiografii.
Doświadczeni dowódcy błyskotliwie analizują swoje umiejętności strategiczne, krytycznie opisują ciężkie stosunki między swoimi kolegami oraz żałują, że wcześniej nie zdemaskowali zdeprawowanego charakteru Hitlera. Nie wspominają jednak o bliskości z elitą nazistowską oraz o mordowaniu Żydów. Naturalnie teksty tego typu stały się punktem wyjściowym dla całej generacji historyków piszących o wojnie. Ich wpływ na niemiecką opinię publiczną w latach 50. był ogromny. Oczyszczeni generałowie Haldera mogli być zadowoleni. Jak zauważył Wolfram Wette: 
„Kiedy Amerykanie w 1958 r. przekazali więzienie w Landsbergu (znajdowali się w nim zbrodniarze wojenni), prawda o wojnie wyniszczającej prowadzonej przez Wehrmacht, której większość Niemców nigdy nie zaakceptowała, dawno była przeszłością. Żywa była natomiast legenda o „normalnej wojnie”: epos o honorze i „czystym koncie” Wehrmachtu, który pozwolił milionom niemieckich żołnierzy czcić poległych kolegów i odnaleźć sens własnej, pełnej poświęceń służby”.
Dawni członkowie Wehrmachtu odnieśli zwycięstwo w bitwie o swój pozytywny wizerunek jedynie na Zachodzie. W bloku wschodnim, oczywiście ze względu na sytuację polityczną, obraz Wehrmachtu pozostał taki sam, jaki prezentowała propaganda wojenna. Dzieła autorów z bloku wschodniego były na Zachodzie oceniane jako tendencyjne. Nie odbiegały jednak od rzeczywistości, bardziej jak te produkowane przez Haldera i jego współpracowników. Dobrym przykładem jest interpretacja bitwy o Stalingrad, uważanej zarówno przez Sowietów, jak ich przez stronę zachodnioniemiecką za wielki epos narodowy.
Bolesne poszukiwanie prawdy
Z powodu monopolu władzy, pierwsze dzieła historyczne odkrywające niewygodną prawdę o wojnie na froncie wschodnim zaczęły się pojawiać dopiero trzydzieści lat po zakończeniu konfliktu. Franz Halder, który naciskał, by zwracać się do niego „panie generale“ i z zamiłowaniem krytykował prace historyczne, zmarł w 1972 r. Niedługo po tym zaczęły pojawiać się książki, które demaskowały fałszywy wizerunek Wehrmachtu. Na początku lat 80. można je było podsumować słowami czołowego niemieckiego historyka wojennego, Manfreda Messerschmidta:
„Wojna ze Związkiem Radzieckim była ofensywna, podobnie jak wszystkie inne niemieckie działania wojenne od 1939 r. Jeżeli spojrzymy ogólnie na zbrodnie wojny ofensywnej, powinna ona być rozpatrywana w kategorii czynu kryminalnego zaplanowanego przez dowództwo Wehrmachtu, armii, lotnictwa i marynarki wojennej. Jest to absolutnie najciemniejsza strona historii niemieckiej wojskowości.”
Do przełomowych prac bezpośrednio nawiązały kolejne badania, niemiłosiernie odkrywające fakty łączące Wehrmacht z Holocaustem i innymi zbrodniami przeciwko ludzkości.
Krytyka historii armii niemieckiej najbardziej skupiała się na powstającej od 1954 r. Bundeswehrze, której związek z armią nazistowskich Niemiec odnaleźć można było nie tylko na poziomie personalnym, ale również symbolicznym tzn. wojna z ZSRR wciąż tak jakby trwała. Obrona Wehrmachtu była w interpretacji armii zachodnioniemieckiej bronieniem swoich własnych wartości. W latach 50. nazwiskami byłych dowódców nazywano koszary, bez względu na to, że byli oni antysemitami i wspierali rządy Hitlera. Takiego wyróżnienia doczekali się Rommel, Hasso von Manteuffel oraz Eduard Dietl.
Obiektywne spojrzenie na problematyczną historię armii niemieckiej podczas II wojny światowej było wprowadzane bardzo powoli. Szczególny wpływ na tę sytuację miały związki weteranów, które ze znacznym niepokojem odnosiły się do jakichkolwiek wystąpień przeciwko dogmatowi o nieskalanym honorze. Badania Manfreda Messerschmidta były przez nich uważane za „złośliwe i upokarzające atakowanie honoru niemieckich żołnierzy“. Dość jasny jest sens słów byłego generała brygady Hansa Karsta odnoszący się do nowych badań:
„Żaden inny naród na świecie nie zachowałby się w taki sposób i nie stworzyłby z milionów poległych na froncie oraz w obozach jenieckich przedmiotu takich „badań”. Podczas gdy za granicą podziwia się działania wojenne Wehrmachtu, żołnierze, którzy przecież podlegali dowództwu ukierunkowanemu politycznie są w swojej ojczyźnie znów oczerniani. Jest do druga fala krytyki, która szerzy się w mediach od 1979 r.”.
Wielka wystawa o Wehrmachcie z lat 1995–1999 w pełni ukazała fałsz całej legendy, od której stopniowo odchodziła nie tylko opinia publiczna, ale także czołowi przedstawiciele armii niemieckiej. Dawniej pomijane i niepożądane wspomnienia, są obecnie przedmiotem badań i prawdziwymi bohaterami stają się pojedynczy żołnierze, których czyny wskazują na oddanie wyższym zasadom moralnym, a nie na ślepą wierność niemieckiemu nazizmowi. Mimo to, fałszywa legenda przetrwała w świadomości wielu osób, nie tylko w Niemczech.