ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

niedziela, 31 grudnia 2017

Port Gdańsk ogłosił przetarg na studium modernizacji dróg wodnych


Port Gdańsk ogłosił przetarg na wykonanie studium wykonalności dla zagospodarowania Wisły na odcinku od Gdańska do Warszawy oraz dróg wodnych od Warszawy do granicy z Białorusią i na odcinku od Wisły do Zalewu Wiślanego. Studium ma powstać do końca 2019 roku.  
Koordynacja tworzenia studium wykonalności dla modernizacji dróg wodnych łączących Zatokę Gdańską i Zalew Wiślany z rzekami Białorusi jest zadaniem zespołu roboczego powołanego przez Zarząd Morskiego Portu Gdańsk (ZMPG). Dla Portu Gdańsk użeglowienie Wisły i stworzenie systemu dróg wodnych, który połączy Gdańsk i Warszawę z Morzem Czarnym jest jednym z priorytetów rozwojowych.
Wiceprezes ZMPG ds. Infrastruktury, Marcin Osowski poinformował PAP, że „przedmiotem zamówienia jest opracowanie Studium Wykonalności dla kompleksowego zagospodarowania międzynarodowych dróg wodnych: E-40 dla rzeki Wisły na odcinku od Gdańska do Warszawy, E-40 od Warszawy do granicy Polska-Białoruś (Brześć) oraz E-70 na odcinku od Wisły do Zalewu Wiślanego (Elbląg)”. Studium jest pierwszym elementem programu inwestycyjnego związanym z zagospodarowaniem międzynarodowych dróg wodnych na terenie kraju.
Zaznaczył, że ogłoszenie przetargu pod koniec 2017 r. jest zgodne z harmonogramem prac w zakresie przygotowania dokumentu. Umowa z wykonawcą studium może być podpisana do kwietnia 2018 roku. Kluczowym odbiorcą studium będzie Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.
Jak podaje zamawiający, celem opracowania jest m.in. szczegółowa analiza zasadności kompleksowego zagospodarowaniu wymienionych dróg wodnych oraz sprawdzenie czy istnieją ograniczenia techniczne, środowiskowe, finansowe, organizacyjne, prawne i inne, które uniemożliwiają jego realizację. Studium ma też określić zakres projektowanego przedsięwzięcia i jego główne parametry techniczne. Celem dokumentu jest też oszacowanie nakładów inwestycyjnych, niezbędnych do realizacji programu oraz określenie harmonogramu wydatków i potencjalnych źródeł finansowania. Studium ma też zawierać analizę popytu na transport śródlądowy, towarowy i pasażerski dla dróg wodnych będących przedmiotem opracowania w aspekcie krajowym i europejskim.
Jak zaznacza zamawiający, „wynikiem przeprowadzonej analizy powinna być odpowiedź na pytanie, czy korzyści społeczeństwa, wynikające z kompleksowego zagospodarowania dróg wodnych uzasadniają koszty, jakie społeczeństwo musiałoby na to ponieść”. Dokument ma uwzględniać m.in. strukturę użytkowania terenu, działalność gospodarczą i społeczną, rynek pracy, zamożność, jakość życia oraz strukturę demograficzną.
Osowski zaznaczył w rozmowie z PAP, że do udziału w przetargu zapraszane są „renomowane, duże firmy, konsorcja, które przygotowywały już dokumenty dla podobnych przedsięwzięć na całym świecie”. „Przy wyborze oferenta brane będzie pod uwagę na pewno doświadczenie i referencje” - dodał. „Nie chcemy firm, które będą się uczyły na naszym projekcie, tylko chcemy firm kompetentnych, które są w stanie zaprezentować swoje doświadczenie” – zaznaczył. Termin składania ofert mija 2 lutego 2018 roku.
Zgodnie z prawem zamówień publicznych, w listopadzie ZMPG przeprowadził dialog techniczny z potencjalnymi wykonawcami studium wykonalności, z zagranicznymi firmami: CH2M, Arcadis i DHV. Osowski wyjaśnił, że „w ostatecznym postępowaniu przetargowym te firmy mogą ale nie muszą wziąć udziału; mogą wziąć w nim udział też podmioty, które nie uczestniczyły w dialogu technicznym”.
Wiceprezes Portu Gdańsk podkreśla, że "projekt dla rzeki Wisły jest projektem związanym przede wszystkim z bezpieczeństwem hydrologicznym w kraju". "Oprócz użeglownienia rzeki studium ma się koncentrować na bezpieczeństwie hydrologicznym znaczącej części kraju" - wyjaśnił.
W połowie ubiegłego roku rząd przyjął założenia do planów rozwoju śródlądowych dróg wodnych w Polsce na lata 2016-2020, z perspektywą do 2030 r. W planach tych zapisano, że do 2030 r. Odra na całej swojej długości i Wisła od Warszawy do Gdańska mają stać się międzynarodowymi szlakami żeglugowymi.
Polska zobowiązała się doprowadzić główne szlaki wodne do co najmniej IV klasy żeglowności w związku z podpisaniem aktu ratyfikacyjnego Europejskiego porozumienia w sprawie głównych śródlądowych dróg wodnych o znaczeniu międzynarodowym (AGN). Polskie drogi wodne będą mogły stać się docelowo elementami transeuropejskiej sieci transportowej TNT. Według strategii KE w zakresie rozwoju transportu w Europie, do 2030 roku 30 proc. ruchu drogowego ma +przenieść się+ na transport kolejowy i wodny śródlądowy.
Rząd oszacował, że po pierwszym etapie modernizacji dolnego odcinka Wisły przewozy ładunków tą rzeką mogą wynosić ok. 7,8 mln ton rocznie, a wraz z dalszą poprawą parametrów nawigacyjnych powinny wzrosnąć do ok. 12 mln ton ładunków rocznie.
Szacunkowe koszty inwestycji na głównych polskich rzekach szacowane są na ok. 70 mld zł. W połowie grudnia wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński mówił w Gdańsku, że zagospodarowanie wodnych dróg śródlądowych jest jednym z najważniejszych przedsięwzięć w Polsce na najbliższe lata, podobnie jak Centralny Port Komunikacyjny. Jego koszt oszacował na 60-150 mld zł.
Na terytorium Polski znajdują się trzy szlaki wodne w ramach europejskiego systemu śródlądowych dróg wodnych o znaczeniu międzynarodowym - droga wodna E40, łącząca Morze Bałtyckie od Gdańska z Morzem Czarnym w Odessie, droga wodna E30, przebiegająca Odrzańską Drogą Wodną, łącząca Morze Bałtyckie w Świnoujściu z Dunajem w Bratysławie oraz droga wodna E70, łącząca Odrę z zalewem Wiślanym i stanowiąca część europejskiego szlaku komunikacyjnego Wschód-Zachód, łączącego Kłajpedę z Rotterdamem.(PAP)
Bożena Leszczyńska / PAP

Abba - Happy New Year

KIM NAPRAWDĘ BYŁ STEPAN BANDERA?

http://niesamowitahistoria.pl/niesamowitahistoria/tepy-ideolog-szalony-nacjonalista-naprawde-byl-stepan-bandera/

Jak Aztekowie obchodzili Sylwestra?

Jak Aztekowie obchodzili Sylwestra?

Aztekowie do Sylwestra podchodzili śmiertelnie poważnie. Dosłownie (źródło: domena publiczna).My w przeddzień Nowego Roku boimy się co najwyżej „syndromu dnia następnego”. Tymczasem Aztekowie widzieli w nadchodzącej zmianie kalendarza groźbę huraganów, ataków krwiożerczych bestii, a nawet… możliwość całkowitej zagłady!
Na szczęście niebezpieczeństwo apokalipsy nie pojawiało się co roku, ale „tylko” co 52 lata. Dlaczego akurat tyle? Odpowiedź można znaleźć w kalendarzu Azteków… a raczej kalendarzach, bo mieli nie jeden, a dwa!

Koniec jest (zawsze!) bliski

Pierwszy z nich liczył 260 dni i używany był przede wszystkim dla celów religijnych. Do tych bardziej prozaicznych nie bardzo się nadawał: trudno zasiewać pole wedle kalendarza, który nijak się ma do pór roku… Istniał więc też drugi, bardziej „praktyczny” kalendarz, liczący już 365 dni. Oczywiście daty końca roku przy tak różnych sposobach liczenia czasu na ogół całkowicie się rozmijały. Ale nie zawsze. Spotykały się raz na 18 980 dni – liczba ta jest najmniejszą wspólną wielokrotnością 260 i 365. I tyle właśnie trwał aztecki „wiek”: 18 980 dni, czyli 52 lata.
Aztekowie pojmowali czas cyklicznie. Ich mitologia przekazuje informacje o wcześniejszych epokach i ich końcu. Każdy trwający cykl musiał się bowiem kiedyś skończyć. I to z hukiem! Możliwych scenariuszy apokalipsy było mnóstwo: pożarcie ludzi przez jaguary, huraganowy wiatr, powódź, a nawet upadek nieba na ziemię.
Kamień słońca, utożsamiany przez wielu historyków i archeologiem z azteckim kalendarzem. Najprawdopodobniej jednak przedstawia on aztecki mit stworzenia świata (for. Rosemania; lic. CC BY 2.0).
Kamień słońca, utożsamiany przez wielu historyków i archeologiem z azteckim kalendarzem. Najprawdopodobniej jednak przedstawia on aztecki mit stworzenia świata (for. Rosemania; lic. CC BY 2.0).
Przy tym ryzyko katastrofy wzrastało wraz z końcem każdego 52-letniego okresu. Aztekowie zaczynali się wtedy poważnie stresować… Trudno im się dziwić, skoro uważali, że świat stoi na krawędzi zagłady. I to nie byle jakiej: na ludzi czyhały ponoć przypominające szkielety wygłodniałe potwory, nazywane tzitzimime. Te przerażające bestie zagrażały zresztą nie tylko ludziom, ale także Słońcu i Księżycowi.

Żona do spichlerza

Aby zapobiec zagładzie, urządzano uroczystość nazywaną toxiuh molpilla, czyli „wiązaniem lat” lub „ceremonią Nowego Ognia”. Aztekowie pozbywali się wówczas figur przedstawiających bogów. Wygaszali też wszystkie ognie, a kamienie z palenisk topili w wodzie. Ciężarne kobiety zamykali w spichlerzach, by nie zamieniły się w krwiożercze bestie, które miały pożerać ludzi razem z tzitzimime. Dzieciom nie pozwalano spać, obawiając się, że mogą przemienić się w myszy.
Po zachodzie słońca kapłani udawali się na wzgórze nazywane Huixchatlan, by obserwować niebo. W tym czasie cała ludność Doliny Meksyku z lękiem oczekiwała przyszłości. Można było odetchnąć z ulgą dopiero, gdy konstelacja Plejad przekroczyła zenit. Oznaczało to, że świat miał istnieć jeszcze co najmniej 52 lata.
Tę dobrą nowinę oznajmiano pozostałym, składając w ofierze niewolnika, którego kapłani przyprowadzali ze sobą. W końcu do tego przede wszystkim służyli im niewolnicy… Tak piszą o ich znaczeniu autorzy „Nowej historii Meksyku”:
Z punktu widzenia gospodarczego niewolnictwo nie odgrywało ważnej roli w Mezoameryce. Niewiele osób było zniewolonych, a ich sytuacja mogła być dwojaka. Istnieli niewolnicy domowi, którzy wykonywali takie prace jak przynoszenie drewna i wody, oraz niewolnicy przeznaczeni na ofiary; ich jedynym przeznaczeniem było umrzeć przy okazji pewnych uroczystości.
Pechowca, który został wyznaczony na obchody końca wieku, czekał straszny los. Najpierw wybrany kapłan przy pomocy drewnianego świdra ogniowego rozniecał ogień na jego piersi. Następnie z tego zarzewia rozpalano ogromne ognisko. Wreszcie niewolnikowi rozcinano klatkę piersiową i wyrywano z niej serce, które wrzucano do ognia. Chwilę później dołączała do niego także reszta ciała.
Aztekowie uważali, że tylko krwawa ofiara z ludzi może powstrzymać koniec świata (źródło: domena publiczna).
Aztekowie uważali, że tylko krwawa ofiara z ludzi może powstrzymać koniec świata (źródło: domena publiczna).

Jednak jeszcze pożyjemy…

Widząc rozpalony przez kapłanów ogień, ludność zaczynała świętowanie. Trudno jednak znaleźć wiele podobieństw do naszego Sylwestra. Wszyscy nacinali sobie płatki uszu, składając w ten sposób ofiarę ze swojej krwi. Nie oszczędzali przy tym nawet małych dzieci i niemowląt.
Jednocześnie posłańcy roznosili święty ogień do świątyń a stamtąd mieszkańcy zabierali go do swoich domów. A co z szampanem, wódką lub przynajmniej małym piwem? Niestety! Za spożywanie alkoholu groziła kara śmierci, więc nowy „wiek” Aztekowie zaczynali bez kaca.
Oczywiście żadne azteckie święto nie obyłoby się też bez… masowej ofiary z ludzi. Według przekazów, za ostatniego władcy Azteków, Motecuhzomy, z okazji ceremonii Nowego Ognia złożono w ofierze aż 2 tysiące osób. Zabijanie tylu jeńców zajmowało kapłanom cały dzień. Chodzili przez to dosłownie unurzani we krwi. Ale i tak nie była to rekordowa liczba ofiar.
Azteccy kapłani dosłowni ociekali krwią niewolników składanych w ofierze (źródło: domena publiczna).
Azteccy kapłani dosłowni ociekali krwią niewolników składanych w ofierze (źródło: domena publiczna).
W „Nowej historii Meksyku”, można znaleźć relację o imponujących dokonaniach innego władcy. Panujący niedługo przed Motecuhzomą Ahuitzotl wsławił się nie tylko okrucieństwem podczas wypraw wojennych. Swoją koronację miał uczcić ofiarą z … 80 tysięcy jeńców! Liczba wydaje się przesadzona, ale podaje ją wiele źródeł – relacjonują autorzy.
Warto jeszcze wspomnieć, że aztecki kalendarz co 52 lata się „zerował”. W przeciwieństwie do Majów, posługujących się Długą Rachubą (która wcale nie skończyła się w 2012 r.!), Aztekowie nie posiadali systemu, pozwalającego liczyć czas w okresie dłuższym niż ich „wiek”. Stanowi to dla historyków spory problem. Aztecka data 1-Trzcina może bowiem oznaczać w naszym kalendarzu rok 1519… Albo 1467. Albo 1415. I tak dalej.
Obecny 52-letni cykl kończy się na szczęście dopiero w 2027 r. Ale może wypatrujcie już tzitzimime… na wszelki wypadek.

Zachęcam Was do obejrzenia wystąpienia prof. dr. hab. Przemysława Urbańczyka

https://www.facebook.com/mpppgniezno/videos/1636899083032952/

31.XII.41 w Warszawie mieszkało 1 351 800 osób :

31.XII.41 w Warszawie mieszkało 1 351 800 osób : 907 280 Polaków 411 000 Żydów 16 199 Niemców 17 321 przedstawicieli innych narodowości 4 lata później niewiele ponad 380 000...

Elżbieta Łokietkówna - polska królewna i jedna z najbardziej wpływowych kobiet Europy Środkowej w średniowieczu.

29 grudnia 1380 roku zmarła Elżbieta Łokietkówna - polska królewna i jedna z najbardziej wpływowych kobiet Europy Środkowej w średniowieczu. Była córką Władysława Łokietka i starszą siostrą Kazimierza III Wielkiego. Przez małżeństwo z Karolem Robertem Andegaweńskim została królową Węgier. Miała z nim trzech synów, na których - nawet gdy dorośli - wywierała ogromny wpływ. Jednego omal nie osadziła na tronie Neapolu. Potężna persona na dworze swego syna, Ludwika I Wielkiego. Gdy ten został królem Polski, sędziwa Elżbieta przez wiele lat sprawowała regencję w kraju swego urodzenia. Jedną z jej wnuczek była święta Jadwiga Andegaweńska, król Polski.
Więcej o losach Elżbiety przeczytacie w najnowszej książce Kamila Janickiego, zatytułowanej "Damy polskiego imperium", którą z nami kupicie 35% taniej https://goo.gl/zXRDyV

Pierwszy pałac na Wawelu powstał 1000 lat temu. Miał nawet… ogrzewanie podłogowe!

https://l.facebook.com/l.php?u=https%3A%2F%2Fciekawostkihistoryczne.pl%2F2016%2F12%2F04%2Fpierwszy-palac-na-wawelu-powstal-1000-lat-temu-mial-nawet-ogrzewanie-podlogowe%2F&h=ATMWjI57p7dZvHhcUpOZMXaBPwlMhbkUBImu-gVArz64XU4ek_oNcmfxw77TY70OTkwEJy_yauBuf9s58DC8Q903F5L1o1zCDxSOpdtJ5mOpEm9M2HbUmzxWvIiZJvI9Ae7n7-e5Is5O3wvBwy1y_NFFQZBy4p5vlMpXQkxB5j_2WZwf-7iIDNkmQizl1pVY-m-bXR45JsGihVhDvIxma8WOqGBfnLydRE07VIiGoipsqAkg0suaEDfEfq1xcdEKBroQQQE6UXku01Vti4A-V1VqUoXE2eeNZLw

Million de roses - Dominique Moisan (Миллион роз) Франция

https://www.facebook.com/videofunlik/videos/721012094715961/

Zemsta, kara, terror... Komunistyczne obozy pracy w Polsce w latach 1944-1950

W latach 1944-1950 funkcjonowały w Polsce obozy pracy organizowane przez komunistyczne Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Do dziś nie mówi się o nich zbyt wiele. Jedni twierdzą, że to relatywizacja zbrodni niemieckich, inni, że skala nie była duża. Czy mają rację?
Powojenne obozy pracy w Polsce nie są popularnym tematem historycznym, Czytelnik może być więc zdziwiony, że obozy takie w ogóle istniały. W latach 1944-1950 funkcjonowały one w 206 miejscowościach, zginęło w nich ok. 75 tys. ludzi, w tym 60 tys. Niemców. Oprócz tych obozów istniały także obozy organizowane przez Armię Czerwoną i NKWD, jednak niniejszy artykuł dotyczy jedynie tych zakładanych przez polskich komunistów. Wydaje się, że dość dobrze maskowali oni swoje zbrodnie – po roku 1989, ze względu na trudne do uregulowania stosunki polsko-niemieckie, tematu obozów starano się nie poruszać. Osadzano w nich bowiem Niemców, ale także Polaków oraz Ukraińców i Łemków. Ofiar niemieckich było jednak najwięcej, choć bardzo dużą część spośród osadzonych stanowili Polacy. Dlaczego komuniści zdecydowali się skazać na śmierć bądź okrutne męczarnie aż tylu ludzi?
Brama obozu Zgoda w Świętochłowicach oraz pomnik upamiętniający jego ofiary (fot. Drozdp, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe).

Obozy – struktura, liczba, podstawy prawne

Komunizm: nieudany raj
Czytaj dalej...
W latach 1944-1950 w Polsce istniało łącznie 206 obozów pracy. Te o statusie centralnym mieściły się w Jaworznie, Potulicach i Warszawie. W tym ostatnim żołnierze niemieccy pracowali nawet przy odbudowie zniszczonej stolicy Polski. Inne ważne obozy to Sikawa, Gronów i Mielęcin. Oprócz nich istniało wiele innych obozów i podobozów, szczególnie przy kopalniach na Górnym Śląsku. Obozy podlegały komunistycznemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego w Katowicach, wojsku (Ministerstwu Obrony Narodowej) oraz Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Istniały także tzw. „dzikie obozy”, funkcjonujące bez zgody centrali.
Dlaczego władze komunistyczne zdecydowały się na ich utworzenie? Poza karaniem chodziło o zapewnienie niemal niewolniczej siły roboczej, potrzebnej m.in. do demontażu sprzętu, który musiał zostać przetransportowany do ZSRR. Na cele, które zamierzali osiągnąć komuniści, wskazują poza tym nazwy aktów normatywnych na podstawie których ośrodki te funkcjonowały. Najważniejsze z nich to:
  • Dekret z dnia 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego;
  • Dekret z dnia 12 września 1944 r. o specjalnych sądach karnych dla spraw zbrodniarzy faszystowsko-hitlerowskich;
  • Dekret z dnia 4 listopada 1944 r. o środkach zabezpieczających w stosunku do zdrajców Narodu;
  • Ustawa z dnia 6 maja 1945 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego wrogich elementów;
  • Dekret z dnia 28 czerwca 1946 r. o odpowiedzialności za odstępstwo od narodowości w czasie wojny 1939-1945;
  • Dekret z dnia 13 września 1946 r. o wyłączeniu ze społeczeństwa polskiego osób narodowości niemieckiej;
  • Dekret z dnia 16 listopada 1945 r. o utworzeniu i zakresie działania Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym;

Ofiary

Nazwy tych aktów wskazują na ofiary – byli nimi Niemcy, zarówno wojskowi (jeńcy wojenni byli jednak osadzani głównie w obozach Armii Czerwonej), jak i ludność cywilna, Ukraińcy i Łemkowie (w związku z akcją „Wisła”), a także Polacy, którzy z jakiegoś powodu zostali uznani za „wrogi element” albo „zdrajców narodu”. „Wrogim elementem” byli działacze polityczni opozycji (głównie PSL), żołnierze podziemia niepodległościowego, ale też każdy, kto (choćby szeptanym) słowem lub czynem wystąpił przeciwko władzy ludowej. Komuniści do obozów wtrącali także volksdeutschów, czyli osoby z III bądź IV grupy niemieckiej listy narodowościowej. Należy jednak podkreślić, że np. na Górnym Śląsku volkslistę, za namową polskich władz i ze względów pragmatycznych, podpisała zdecydowana większość Ślązaków, których naziści uważali za Niemców.
Tablica upamiętniająca ukraińskie i łemkowskie ofiary Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie (fot. HanzoHattori, domena publiczna).
Jeszcze jedną grupę skazanych stanowiły polskie ofiary Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Komisja ta realizowała „walkę o handel, walkę o węgiel i walkę o hodowlę”. Polegała ona na przystosowywaniu do komunistycznych wzorców polskiej gospodarki, czyli maksymalnym zlikwidowaniu inicjatywy prywatnej. Dla tych celów Komisja mogła np. skazać na minimum 6 miesięcy obozu pracy kogoś, kto dokonał „nielegalnego uboju” własnych zwierząt. Warto bowiem przypomnieć, że po wojnie warunki na wsi pod pewnymi względami przypominały okupację – rolnicy byli zmuszeni do obowiązkowych dostaw żywności, zmuszano ich także do kolektywizacji, niejednokrotnie grożąc śmiercią. Stąd ubój własnych zwierząt dokonany bez pozwolenia był przesłanką odpowiedzialności karnej i zesłania do obozu. Pomysłodawcy takich rozwiązań, usiłując pokazać swą ludzką twarz, twierdzili, że nie chodzi tu przecież o masowe procesy, tylko o… profilaktykę.
Obozy funkcjonowały w latach 1944-1950. Ich tworzenie rozpoczęło się rzeczywiście już w 1944 roku na obszarach zajętych przez Armię Czerwoną, za którą postępowali polscy „posłowie wolności”. Największy ich rozwój nastąpił w latach 1945-1947, kiedy to liczba więźniów osiągnęła apogeum – choćby ze względu na rozprawy z opozycją w związku z referendum w 1946 roku czy wyborami w roku następnym, a także zwalczaniem podziemia niepodległościowego. Na przełomie lat 1950 i 1951 obozy przestały funkcjonować, lecz infrastruktura po nich została zagospodarowana m.in. na potrzeby Ośrodków Pracy Więźniów, czy tzw. więzień progresywnych „dla trudnej młodzieży” (taki ośrodek powstał np. w Jaworznie).
Symboliczny cmentarz na terenie obozu pracy w Łambinowicach (fot. Julo, opublikowano na licencji Creative Commons CC0 1.0 Uniwersalna Licencja Domeny Publicznej).

Zemsta na Niemcach?

Oprócz Polaków, więzionych ze względów politycznych, w obozach przetrzymywano także Niemców, którzy mieli stanowić aż 60 tys. spośród wszystkich ofiar, czyli ok. 80 procent. Teoretycznym powodem przetrzymywania ich w obozach były cele przesiedleńcze. Wiele relacji dotyczących funkcjonowania obozów wskazuje jednak, że dokonywano w nich masowych aktów zemsty na Niemcach (zarówno na wojskowych, jak i ludności cywilnej) ze względu na zbrodnie popełniane przez sześć lat na terenie Polski. Do najbardziej jaskrawych przykładów zbrodniczej działalności należy np. kwestia obozu w Łambinowicach, w którym pod komendanturą Czesława Gęborskiego (a później dwóch innych komendantów) zginęło ok. 1,5 tys. spośród 5 tys. przetrzymywanych Niemców i Ślązaków. W obozie odnotowano przypadki pospolitych zabójstw, ponadto racje żywnościowe i warunki higieniczne powodowały masowe zgony. Limity dotyczące np. wyżywienia nie różniły się zbyt mocno od warunków w niemieckich obozach.Inne zbrodnie związane są z osobą Salomona Morela, komendanta obozu „Zgoda” w Świętochłowicach, a następnie obozu w Jaworznie (w dalszych latach pozostał on w służbie więziennej). W „Zgodzie” doszło do wybuchu epidemii czerwonki, tyfusu plamistego i tyfusu brzusznego ze względu na fatalne warunki sanitarne, higieniczne i głód. Dochodziło ponadto do gwałtów, tortur i morderstw – zginęło co najmniej ponad 1000 więźniów. Za służbę w obu obozach (Świętochłowice i Jaworzno) Morel został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, a następnie Złotym Krzyżem Zasługi. Po 1989 roku uniknął odpowiedzialności emigrując z kraju.
Niemców i innych więźniów zatrudniano także masowo w kopalniach, władze komunistyczne dążyły bowiem do jak najszybszej odbudowy przemysłu węglowego. Do działania tego posłużyli zwykle niewykwalifikowani więźniowie pracujący w fatalnych warunkach. Najbardziej wyraźne przykłady dokonywanych zbrodni każą nawet postawić pytanie o to, czy niektóre z placówek nie były obozami zagłady, bowiem zdarzały się przypadki, że komendant obozu (np. Salomon Morel), nie był w stanie dostarczyć nawet 1/3 etatowej liczby pracowników ze względu na stan ich zdrowia. W obozach więziono także dzieci.

„Polskie” czy „komunistyczne” obozy pracy?

Na koniec, mając na uwadze poczynione wcześniej uwagi, warto rozważyć kwestie terminologiczne. Wydaje się, że opisywane obozy można nazywać obozami pracy, służyły one bowiem głównie do niewolniczej (bądź pół-niewolniczej, za wynagrodzeniem) pracy więźniów. Należy jednak równocześnie zdać sobie sprawę z tego, że odbywała się ona zwykle w bardzo złych warunkach, a liczba dokonywanych zbrodni była bardzo duża. Za koncepcją zakwalifikowania tych obozów jako obozów pracy opowiedziano się w przeważającej części historiografii.
Ruiny tzw. Gęsiówki, niemieckiego obozu stworzonego na terenie ruin getta (KL Warschau). Na jego miejscu po wojnie powstał początkowo obóz radziecki, a później kontrolowany przez MBP Centralny Obóz Pracy dla Odbudowy Warszawy (domena publiczna).

Czy obozy te można nazywać po prostu „polskimi obozami pracy”? A może jedynie „komunistycznymi obozami pracy?” Wydaje się, że nazwa „komunistyczne obozy pracy w Polsce” najbardziej oddaje rzeczywistość i pozwala w dużej mierze na uniknięcie nieporozumień. Z jednej strony zakładali je Polacy, którzy stanowili także załogę obozów, ale z drugiej, utworzenie ich nie było inicjatywą polskich, niezależnych władz. Były to działania komunistów uzależnionych ściśle od Związku Radzieckiego, którzy nawet w pierwszych latach po wojnie, dążąc dopiero do przejęcia pełnej władzy w kraju, dysponowali resortami siłowymi i wszelkimi innymi środkami pozwalającymi stworzyć i utrzymywać obozy pracy i więzić w nich Niemców, Polaków, a także Ukraińców i Łemków.
Kwestia obozów pracy w Polsce nie powinna być jednak spychana na bok, a świadomość ich istnienia może nawet rzucić nieco inne światło na znane słowa biskupów polskich z 1965 roku – „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie”. Tragedia, którą przeżywały ofiary, była bowiem ogromna, choć odpowiedzialne za te tragedie były władze, które jedynie określały się mianem „polskich” i które więziły w obozach, ale także „zwykłych” więzieniach bardzo wielu Polaków.

Matusiak: Nierówności dochodowe w Polsce

Matusiak: Nierówności dochodowe w Polsce: Nierówności dochodowe w Polsce Biedne i chore kraje cechuje patologiczna struktura dystrybucji dochodu narodowego. Oligarchia i bogacze za...

15 historycznych osobliwości, które sprawiają, że Polska jest tak różny od reszty Europy

https://pbs.twimg.com/card_img/947005618627284992/_nEDkUdU?format=jpg&name=600x314

Miałem sen, że w 2018 roku Polska stała się normalnym krajem.


Miałem sen, że w Polsce dorosłemu człowiekowi wolno się zaszczepić - lub nie zaszczepić - na co chce. Że wolno mu posłać - lub nie posłać - dziecko do dowolnej szkoły. Że wolno mu się ubezpieczyć - lub nie ubezpieczyć - od czego chce.
Miałem sen, że Polakowi wolno kupić sobie w aptece bez recepty dowolne lekarstwo (poza antybiotykami), zażywać wszelkie używki... A jeśli ktoś zaćpa się na śmierć - ludzie oddychają z ulgą: jednego idiotę mniej.
Miałem sen, że państwo polskie zabiera ludziom siedem razy mniej pieniędzy niż obecnie. Ludzie chętnie więc pracują, bo się bogacą. Ludzi więc stać na to, by ich żony nie pracowały poza domami - i zajmowały się dziećmi. Dzieci rodzi się więc znacznie więcej - bez programu 500 plus. Ludzie mają dzieci - bo w przyszłości nie będzie żadnych emerytur, więc ktoś musi się nimi zająć na starość. Natomiast wszystkim, którym obiecano emerytury w wieku 65 (60 dla kobiet) lat - emerytury są wypłacane. Niezależnie od tego, czy byli ubekami, czy opozycjonistami.
Miałem sen, że w Polsce jest znacznie mniej morderstw - bo sądy skazują morderców na śmierć, a kat wykonuje swoje obowiązki, nie obawiając się, że w przyszłości ktoś odbierze mu emeryturę. Mniej jest również drobnych przestępstw - bo na tyłki młodocianych delikwentów czekają już siepacze; co oszczędza im pobytu w więzieniach, natomiast tyłek boli przez parę tygodni...
Miałem sen, że państwo do niczego nie dopłaca - z naszych pieniędzy - więc urzędników państwowych jest 700 (siedmiuset), a nie 700 tysięcy. Natomiast ogromne kompetencje mają samorządy. To one uchwalają plany zagospodarowania swojego terenu - takie plany, że potem nie wolno ich zmienić. Dlatego nie są potrzebne żadne zezwolenia na budowę: jeśli budowa zgodna jest z planem i zgodna z prawem budowlanym - to każdy na swoim terenie może budować, co chce i jak chce.
Miałem sen, że prawo w Polsce jest dobre, szanowane - bo prawie niezmienne. Że raz czy dwa razy do roku Rada Koronna wraz z Senatem uchwalają jedną, może dwie ustawy. Albo żadnej. Natomiast Sejm zbiera się raz do roku i decyduje, czy podnieść albo obniżyć podatki. Posłowie potem jeżdżą po urzędach i sprawdzają, czy pieniądze są wydawane tak, jak trzeba.
Miałem sen, że sędziowie są dobierani wedle kwalifikacji, bez żadnego wpływu polityków. Najbardziej szanowani sędziowie obsadzają Sąd Najwyższy. Żadnego Trybunału Konstytucyjnego nie ma - bo po co dublować Sąd Najwyższy?
Krótko mówiąc: miałem sen, że żyję w kraju takim, jakim był każdy kraj, póki na świecie nie pojawili się socjaliści, komuniści i inne bydło rasy czerwonej.
I śniło mi się, że socjaliści i komuniści mają prawo zabierać głos raz do roku: podczas Wigilii!
Grafika od Galeria Widgeta

Wielki gest polskiego piłkarza.

GENOCIDIUM ATROX ( Banderowskie Ludobójstwo na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich): Mogiła Stanisławy Deko i jej dwojga dzieci 3-4 lat...

GENOCIDIUM ATROX ( Banderowskie Ludobójstwo na Ludności Polskiej Kresów Wschodnich): Mogiła Stanisławy Deko i jej dwojga dzieci 3-4 lat...

Filmowa retro-perełka o Gdyni. Warto zobaczyć !

https://www.facebook.com/PortalMorski/videos/709243405868237/

SS-Brigadeführer Gustav Lombard : zamordował co najmniej 11 000 Żydów


  1. A co to za DEBIL powiedział (bo już nie pamiętam🤔),że "Polacy to antysemici" ????? SS-Brigadeführer Gustav Lombard : zamordował co najmniej 11 000 Żydów. Do 1980 pracował w Allianz Insurance Company in Munich.
     

sobota, 30 grudnia 2017

Z dedykacją dla rodziców których nie ma wsród nas...

Nigdy nie narzekaj na to , czego nie dostałeś od swoich rodziców... Prawdopodobnie dali ci wszystko co mieli ... 🎄 Z dedykacją dla rodziców których nie ma wsród nas... ❣🕯🕯🕯🕯🕯

piątek, 29 grudnia 2017

Powieszenie 7-letniego chłopca w Kongo przez Belgów w roku 1908

Powieszenie 7-letniego chłopca w Kongo przez Belgów w roku 1908.🇧🇪 Chłopiec z Kongo został powieszony za to, że jego ojciec zbyt niewydolnie pracował

WTF


https://www.facebook.com/138929200162123/videos/152066412181735/

MAZOWSZE Oj, Maluśki, Maluśki

https://www.facebook.com/tamtapolska/videos/758557657677042/

Tego pojąć nie mogę, a żal swój oraz ból zabiorę ." (świadek Tekla Zagrobelna, Łozowa, Tarnopolskie)

czwartek, 28 grudnia 2017

Relacja Tekli Zagrobelnej

"Urodziłam się jako Rusinka we wsi Kurniki Szlachcinieckie gmina Łozowa. (...) Nie było różnic: czy Polak czy Rusin – wszyscy swoi. Los tak chciał, że spotkałam na swojej drodze Polaka. (...) Rodzice męża przyjęli mnie bardzo życzliwie. (...) Nikt nie przeszkadzał mi być Rusinką. Modliłam się w swoim języku, jak mnie matka nauczyła. Na nabożeństwa chodziłam do kościoła, gdyż we wsi nie było cerkwi. Zaczęłam powtarzać pacierz po polsku. Wszak to ten sam Bóg (...) W domu, jak wszyscy Polacy w Łozowej, mówiliśmy po rusku. W święta ruskie, poza obrządkiem inwentarza i zajęciem przy kuchni, powstrzymywałam się od wykonywania innych prac. W ruskie Boże Narodzenie i Jordan czynili to samo mąż i jego rodzice.
(...) 
Minęło 54 lata. Śmierć córeczki przebolałam, zwyrodniałym mordercom przebaczyłam – ale zapomnieć nie mogę. Mam żal do całego świata. Czyż wielomilionowy naród o europejskiej kulturze, wierzący w Boga, do uzyskania niepodległości, żeby powstała Samostijna Ukraina, musiał zgasić dopiero rozwijające się życie czteroletniego dziecka? Czy ono stało im na przeszkodzie? Tego pojąć nie mogę, a żal swój oraz ból zabiorę do grobu." (świadek Tekla Zagrobelna, Łozowa, Tarnopolskie)

czwartek, 28 grudnia 2017

„Chuligani Skorzenego”: Einheit Stielau i dywersanci w amerykańskich mundurach

„Chuligani Skorzenego”: Einheit Stielau i dywersanci w amerykańskich mundurach

W czasie ofensywy w Ardenach Otto Skorzeny wraz ze swoją 150. Brygadą Pancerną miał dezorganizować działania aliantów. Specjalny oddział, tzw. Einheit Stielau, przebrano w amerykańskie mundury i wysłano za linie wroga. Jego działalność wywołała później spór o interpretację prawa wojennego.


Przeczytaj pierwszą część artykułu

Zdecydowanie ciekawiej przedstawiały się losy Einheit Stielau. Wobec braku postępów grup bojowych to na niej spoczywał ciężar działań, a wykonywanie przydzielonych jej zadań dywersyjnych rozpoczęto wraz z uderzeniem głównych sił na linie alianckie. Otto Skorzeny wspominał po wojnie, iż oddział ten liczył 44 żołnierzy, z czego 36 wróciło zza linii wroga. W wielu wypadkach dywersanci mieszali się z członkami grup bojowych, których często mylnie brano za komandosów, gdyż zakładali amerykańskie mundury w celu ogrzania się.
Amerykańscy jeńcy wzięci do niewoli niemieckiej w czasie ofensywy w Ardenach (fot. Büschel, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-J28589, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany).
Opinie historyków różnią się w szacunkach potencjału bojowego Einheit Stielau. Nie ulega jednak wątpliwości, iż „chuligani Skorzenego” okazali się świetną inwestycją Hitlera. Ich pojawienie się na froncie wywołało panikę wśród amerykańskich żołnierzy. „Czynili zamieszanie niewspółmierne do swojej liczby”. Przestawiali znaki, kierowali kolumny wojsk nieprzyjaciela w przeciwnych kierunkach, wydawali sprzeczne rozkazy, przecinali linie telefoniczne. Przekonali nawet jeden z oddziałów US Army do odwrotu, opowiadając zmyśloną historię o groźbie okrążenia przez wrogie wojska. Udało się im również zmienić znaki drogowe na Mont Rigi, przez co amerykański pułk powędrował do Malmedy okrężną drogą. Nic dziwnego, że członkowie grupy Stielaua sami nazywali się Gang-Kompanie, przyrównując do grasującej na froncie bandy gangsterów.

Gdy Amerykanie zorientowali się w działaniach Einheit Stielau, w ich szeregach zapanowała prawdziwa „szpiegomania”, a żołnierzom towarzyszyła atmosfera podejrzliwości. Wymyślili jednak sprytny sposób na zdemaskowanie przebranych Niemców. Podczas kontroli zadawali pytania dotyczące geografii bądź kultury Stanów Zjednoczonych, w tym m.in. o dziewczynę Myszki Miki czy pozycje w futbolu. Testowano także znajomość słów amerykańskiego hymnu „Star Spangled Banner”.
Gen. Omar Bradley (domena publiczna).Doszło nawet do zabawnej sytuacji, gdy powszechnie znany gen. Omar Bradley został wzięty na spytki przez nadgorliwych żołnierzy. Nie udało mu się odgadnąć imienia małżonka popularnej w Stanach Betty Grable, spierał się także o nazwę stolicy Illinois. Poprawnie wytypował stosunkowo niewielkie Springfield. Przesłuchujący go żołnierz błędnie wybrał Chicago. Na kontroli przepadł również gen. Bruce Clark, którego żandarmi przetrzymywali pięć godzin, nazywając „szkopskim agentem”. Gdy w końcu potwierdzono tożsamość dowódcy, jeden z żołnierzy poprosił go o autograf.
Paranoja dopadła także amerykańską i brytyjską prasę, które prześcigały się w sensacyjnych spekulacjach, twierdząc nawet, że Skorzeny wysłał niemieckie agentki pod Paryż, by tam uwodziły alianckich żołnierzy. Kontrole przeprowadzano jednak sumiennie i szybko zaczęto wyłapywać ludzi Skorzenego. Jeden z Niemców dysponował perfekcyjnie podrobionymi papierami, które okazały się… za dobre. Na oryginalnych kartach identyfikacyjnych Biura Adiutantury widniał błąd – zamiast słowa identification napisano indentification. Niemieccy fałszerze byli w tym wypadku zbyt dokładni, a feralne „n” kosztowało życie pechowego żołnierza. Historycy wspominają także szereg pomyłek językowych. Do bodaj najciekawszych należy stosowanie określenia petrol zamiast gas oraz company zamiast troop co było oczywistą naleciałością z brytyjskiej wersji języka angielskiego.
Humorystyczne na pierwszy rzut oka wpadki miały często tragiczny finał. Zdezorientowani alianci przystąpili do wymierzania sprawiedliwości pojmanym „przebierańcom”, co w warunkach bojowych oznaczało najczęściej wyrok śmierci. 17 grudnia pochwycili trzech niemieckich żołnierzy – Günthera Billinga, Manfreda Parnassa oraz Wilhelma Schmidta – których następnie postawiono przed sądem wojskowym 1. Armii. Jeńców oskarżono o szpiegostwo i posługiwanie się amerykańskimi mundurami, a po krótkim procesie skazano na śmierć. Wydając wyroki śmierci, Amerykanie podpierali się The Espionage Act z 1917 roku. Niemcy poprosili o ułaskawienie dowódcę 1. Armii gen. Hodgesa, który jednak nie zaakceptował wniosku. Wyrok został wykonany 23 grudnia w belgijskim Henri-Chapelle. Ze względu na okres świąteczny Niemcy poprosili, by przed śmiercią rozległy się dźwięki tradycyjnej bożonarodzeniowej kolędy. Miejscowe kobiety odśpiewały Stille Nacht. Następnie wszystkim skazanym przewiązano oczy, przywiązano ich do słupów i rozstrzelano. Jeden z nich, tuż przed śmiercią, wykrzyknął fanatyczne: „Niech żyje Führer Adolf Hitler”. Ciała żołnierzy złożono w grobach na miejscowym cmentarzu wojskowym. Po wojnie zostały przeniesione na Niemiecki Cmentarz Wojskowy w Lommel.
Egzekucja niemieckich dywersantów: Günthera Billinga, Manfreda Parnassa oraz Wilhelma Schmidta (domena publiczna).
18 grudnia Amerykanie przechwycili kolejną grupę niemieckich dywersantów. W strzelaninie zginął jeden z członków Einheit Stielau. Wkrótce pojmano następnych żołnierzy Skorzenego, których oskarżono o szpiegostwo i osądzono. Do końca 1944 roku odbyły się łącznie cztery procesy. Jedynie plutonowy Heinz Pipitz i st. kapral Rolf Jesch zostali zwolnieni z odpowiedzialności. Pozostałych czekała śmierć. Łącznie Amerykanie rozstrzelali 18 ludzi ze 150. Brygady Pancernej, przy czym przynależność wszystkich do Einheit Stielau jest wątpliwa. Podobnie wątpliwe były podstawy prawne, co skłania do wyrażenia uzasadnionych zastrzeżeń co do legalności procesów.
Jedną z największych sensacji rajdu Einheit Stielau były doniesienia o planowanym zamachu na dowódcę sił alianckich gen. Dwighta Eisenhowera. Źródłem plotki był prawdopodobnie kapral Wilhelm Schmidt pojmany drugiego dnia ofensywy. Podczas przesłuchania wyjawił „tajny plan operacji zamachu”, wprawiając w osłupienie agentów amerykańskiego wywiadu. Jego zeznania potraktowano bardzo poważnie. Zaalarmowani dowódcy US Army zdali sobie sprawę, iż mogą stać się celem komandosów Skorzenego, który już wtedy cieszył się złą sławą. Alianci potrafili docenić jego talent i kreatywność, a doniesień o planowanym zamachu na Eisenhowera nie traktowano wyłącznie jako plotek czy prób dezinformacji. Wyższych generałów amerykańskich objęto specjalnym systemem ochrony, co znacznie obniżyło ich mobilność na froncie. Eisenhower stał się w praktyce więźniem własnej kwatery, choć relacje o tym, iż był pozbawiony możliwości podejmowania decyzji wydają się mocno przesadzone.
Gen. Dwight Eisenhower, głównodowodzący wojsk alianckich w Europie (domena publiczna).Informacja o sekretnej misji Einheit Stielau dotarła także do oddziałów frontowych, którym zalecono wzmożoną czujność. Warto dodać, iż pomysł zamachu musiał pojawić się znacznie wcześniej skoro Skorzeny wspominał po wojnie rozmowę ze Stielauem odbytą przed 16 grudnia 1944 roku. Podkomendny sugerował, iż wie o planie zabicia Eisenhowera i obiecał zachowanie dyskrecji. Być może niektórzy z żołnierzy – w tym także Schmidt – uznali plotki za prawdziwe, co pozwoliłoby stwierdzić, iż przeciek informacji do Amerykanów nie był wynikiem dezinformacji, a uczciwej odpowiedzi. Sam Skorzeny zaprzeczał planowaniu tego typu misji, co podkreślał w zeznaniach złożonych 2 sierpnia 1945 roku przed przesłuchującym go amerykańskim oficerem. Niewykluczone, iż bał się ewentualnej kary, a przyznanie się do planowania operacji byłoby wysoce nierozsądne.
W wielu wypadkach wojna polega na wprowadzaniu przeciwnika w błąd. Trudno nie zgodzić się z prawdziwością tego twierdzenia, patrząc na przebieg operacji „Greif”. Ocena działań Einheit Stielau musi uwzględniać stosunkowo niewielką liczbę żołnierzy działających w ramach jednostki. Umiarkowane sukcesy akcji były pochodną zaangażowania zbyt małej ilości ludzi, wśród których tylko nieliczni odznaczali się wysokim stopniem zaawansowania językowego. Mimo tego udało się Niemcom zdestabilizować pracę wielu alianckich jednostek, a plotki o rzekomym zamachu na gen. Eisenhowera znacząco ograniczyły mobilność najwyższych dowódców.
Ardeny – zacięta bitwa i jej ślady
Czytaj dalej...
Aura tajemniczości, jaka otaczała 150. Brygadą Pancerną przyczyniła się do bezpodstawnych oskarżeń o zbrodnie wojenne. Zaangażowanie w walki o Malmedy sprawiło, iż jednostkę Skorzenego utożsamiano nawet z Kampfgruppe Peiper sądzoną po wojnie za dokonanie masakry na amerykańskich jeńcach wojennych. Pod względem zadań stricte militarnych 150. Brygada Pancerna zawiodła. Nie było w tym jednak winy ani członków jednostki, ani jej dowódcy. Postawione przed nimi cele były niewykonalne, a rozwój sytuacji na froncie uniemożliwił zajęcie strategicznych punktów.
Amerykańscy jeńcy zamordowani przez Niemców w Malmedy (domena publiczna).
Po zakończeniu wojny operacje 150. Brygady Pancernej i działalność samego Otto Skorzenego poddano dokładnej analizie prawnej. W maju 1945 roku Skorzeny dobrowolnie oddał się w ręce Amerykanów, którzy najpierw go aresztowali, a następnie doprowadzili przed Trybunał Wojskowy w Dachau. Doraźne wyroki z grudnia 1944 roku były wstępem do procesu dowódcy jednostki oraz dziewięciu jego podkomendnych, który odbył się w 1947 roku. Za podstawowe przewinienia uznano zorganizowanie Einheit Stielau, przywłaszczenie amerykańskich mundurów i rozkaz walki z przeciwnikiem w przebraniu.
Skorzeny w sprytny sposób wywinął się od odpowiedzialności. Na jego korzyść przemawiały niejasne zapisy międzynarodowych aktów prawnych. Przepisy Konwencji Haskiej z 1907 roku wprawdzie uznawały działalność w mundurze przeciwnika za karalne szpiegostwo, ale otwierały furtkę do korzystnej dla Niemców interpretacji. Przedstawiciele doktryny nie byli bowiem zgodni w ocenach działalności w przebraniu. Podstawą wydaje się rozróżnienie na rzeczywistą walkę oraz wykonywanie innych akcji w mundurze wroga. Argumentowano zatem, iż Niemcy nie podejmowali się walki w przebraniu. Obrońcy niemieckich wojskowych skrzętnie wykorzystali lukę w prawie, a trybunał uniewinnił Skorzenego i jego kompanów. Pomogły także zeznania płk Dursta, który stwierdził, iż alianci także posługiwali się niemieckimi mundurami w celu zmylenia przeciwnika. Podobną taktykę wykorzystali również Sowieci oraz członkowie polskiego podziemia. Aliancki trybunał musiał zatem jednoznacznie opowiedzieć się za legalnością przebierania się w mundur wroga, by nie doprowadzić do groźnego precedensu.Warto dodać, iż brak wyraźnych dowodów na to, że posługujący się amerykańskimi mundurami Niemcy brali udział w walkach, choć dostępne są relacje żołnierzy, którzy zapamiętali tego typu zdarzenia. Major Travis Brown wspominał, iż przebierańcy otworzyli ogień do jego oddziału, chociaż nie zostali wcześniej zdemaskowani. Po zakończeniu procesu Skorzeny został zatrzymany w związku z innymi oskarżeniami, ale w niejasnych okolicznościach uciekł z więzienia. Osiedlił się w Hiszpanii, gdzie zmarł 5 lipca 1975 roku. Mimo iż po wojnie spisał wspomnienia z okresu służby, wiele aspektów działalności Einheit Stielau nie zostało ujawnionych. Pamięć o „chuliganach Skorzenego” miała zostać naznaczona domysłami, plotkami i oczywistymi kłamstwami, które były konsekwencją owianej aurą tajemniczości operacji „Greif”.
Choć szaleńcza ofensywa Hitlera zastopowała na moment marsz aliantów, operacja uderzenia w Ardenach zakończyła się klęską. Nie wykonano głównych założeń planu, a wiele oddziałów wykrwawiło się w pozbawionych większego sensu walkach. Losy żołnierzy Einheit Stielau były smutnym podsumowaniem planowania i wyników operacji. Liczebność, ekwipunek, umiejętności – wszystko to przemawiało na niekorzyść młodych, pewnie nieco naiwnych ludzi (a w niektórych przypadkach zapewne także fanatyków), których wysłano do realizacji misji z góry skazanej na porażkę. Mimo tego udało się im zdezorganizować zaplecze przeciwnika i zająć szereg ważnych punktów, przez co działalność 150. Brygady Pancernej rozpatrywać można w kategorii połowicznego sukcesu. Otto Skorzeny, choć wcześniej wielokrotnie dawał pokaz umiejętności dowódczych, tym razem nie stał się cudotwórcą. Miał jednak więcej szczęścia od kilkunastu swoich podwładnych, unikając odpowiedzialności za organizowane operacje i umiejętnie skrywając kulisy działań Einheit Stielau.

Otto Skorzeny w amerykańskim areszcie (domena publiczna).