ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

piątek, 28 lutego 2020

Projektuje się napady na miasta w biały dzień

Agnieszka Marciniuk
❗️Pod koniec lutego 1944 r. Komenda AK Lwów wydała ważne opracowanie, które omawiało "gorącą" sytuację w Galicji (Małopolsce) Wschodniej.
✔️Oto jego obszerne fragmenty:
"Opinia publiczna Małopolski Wsch[odniej], powoli jednak opinia reszty kraju, w ostatnich miesiącach pozostaje pod stale pogłębiającym się wrażeniem ogromnej fali masowych i bestialskich mordów na ludności polskiej na całych połaciach połudn[iowo]-wsch[odniej] części Polski. Fala mordów wzmaga się nieomal z każdym dniem i grozi objęciem formalnem powstaniem ludności ukraińskiej na całym terenie Małopolski Wschodniej.
Jeżeli nawet uwzględni się okoliczności, że w całym kraju wre właściwie nieustanna walka z najeźdźcą i że – w dosłownym słowa znaczeniu – niema zakątka Polski, gdzieby dziś było spokojnie i bezkrwawo, to jednak obraz Małopolski Wsch[odniej] w ostatnich czasach rzeczywistość malowała specjalnie czarnymi barwami; osadem krwi mordowanej ludności polskiej i dymami pożarów płonących polskich osiedli lub całych nawet polskich wsi. (...) Do łun wojny dołączyły się tutaj jeszcze i inne łuny, do strug krwi jeszcze głębsze potoki krwi polskiej, wylanej i wytaczanej bez mała każdego dnia, raczej każdej złowrogiej nocy, na każdej niemal piędzi tej ziemi przez podstępne, tchórzliwe bandy trzeciego wroga Narodu naszego, przez zbirów ukraińskich spod różnych znaków ich podziemnej przynależności bojowej.
Tę robotę swoją podjęli Ukraińcy na zimno, mordują według politycznego planu, z hasłem zupełnego oczyszczenia w ich mniemaniu ukraińskich terytoriów z elementu polskiego".
 W dalszej części opracowanie omawia przechwycony przez AK rozkaz UPA, który zamieszczam w formie podanej w opracowaniu Komańskiego i Siekierki:
"1. Do 25 lutego 1944 r. wójtowie gmin mają przeprowadzić spis wszystkich mężczyzn Ukraińców w wieku od 18 do 55 lat, którzy mają być w pogotowiu mobilizacyjnym.
2. Do 28 lutego wszyscy robotnicy fachowcy mają się przeprowadzić z miasta na wieś.
3. Projektuje się napady na miasta w biały dzień, a nie w nocy. W związku z tym ludności ukraińskiej w mieście zostanie wyznaczone miejsce, z którym mają się znaleźć.
4. W związku z sukcesami bolszewików należy przyspieszyć likwidację Polaków, w pień wycinać, czysto polskie wsie palić, we wsiach mieszanych niszczyć tylko ludność polską. Zagrody polskie palić tylko w takim przypadku, jeżeli są one oddalone od ukraińskich co najmniej 15 metrów.
5. Za zamordowanie jednego Ukraińca, czy przez Polaka, czy przez Niemców – rozstrzelać 100 Polaków.
6. Prowadzić wywiad wśród Polaków, badać siłę oporu i stopień uzbrojenia. Do wywiadu używać kalek i dzieci.
7. Przygotować w lasach rowy strzeleckie, gromadzić w nich słomę.
8. Gromadzić naftę i benzynę. Wieśniacy mają oddać 50% nafty otrzymanej jako premię za odstawione kontyngenty.
9. W czasie napadu na miasto uwolnić więźniów.
10. Gdy podczas mordowania Polaków przez pomyłkę zostanie zabity Ukrainiec – sprawca zostanie ukarany śmiercią.
11. Sporządzić listę volksdeutschów.
12. Zlikwidować niemieckich konfidentów.
13. Zdawać wyznaczony kontyngent na rzecz UPA.
Hasło: „Nasza noc, nasz las”."
 Kontynuując, autor opracowania AK stwierdza:
"Informacje dalsze wskazują, że nowsze rozkazy U.P.A. określiły już termin ostatecznego wyniszczenia Polaków. Do kwietnia [1944 r.] po San ma się wyrżnąć ludność polską bez reszty.(...)
Uderza (...) dziwnie powściągliwe stanowisko Ukraińców wobec akcji eksterminacyjnej band U.P.A. Polityczne koła ukraińskie zachowują w tej kwestii delikatne milczenie. Wśród ukraińskich sfer inteligentnych w razie zahaczenia o ten temat, dają się słyszeć głosy raczej o tym, że to bandy polskie i żydowskie napadają na wsie ukraińskie i mordują tam ukraińską ludność. (...)
Przed nami w ogniu nasilenia czwarta kampania ukraińsko-polska: Małopolska Wsch[odnia]. (...) Teraz bandy U.P.A. mają rozkazy do generalnej akcji eksterminacyjnej ludności polskiej. Do ostatniego śladu zetrzeć mają wszystko co polskie z naszych wsi i miast! (...)
Tymczasem niewiedzącym dokładnie wyjaśnić trzeba, że w grupach bojowych armii U.P.A. nie ma z pewnością żadnych zagadnień filozoficznych, żadnych problemów moralnych czy etycznych. Tam w ogóle inteligentów jest nader mało. Przywódcami, ba, komendantami wyższych rang są ludzie prości, jeżeli już nie chłopi, najczęściej zwyczajni sobie inteligentni wiejscy, którzy zajmują placówki choćby nawet „pułkowników”. Rzecz nie do uwierzenia w naszych stosunkach i warunkach. (...)".

Stanisław Marusarz

27 lutego 1938 roku na skoczni narciarskiej w Lahti (Finlandia) Stanisław Marusarz (na zdjęciu) wywalczył tytuł wicemistrza świata w narciarstwie klasycznym. Polak dwukrotnie bił rekord obiektu, oddając skoki na odległość 66 i 67 metrów. Kontrowersje może budzić fakt, że złoty medal w konkursie przyznano skaczącemu znacznie bliżej od Polaka reprezentantowi Norwegii, Asbjørnowi Ruud'owi (63,5 64,0). Norweg wyprzedził Stanisława Marusarza notami sędziowskimi o zaledwie 0,3 punktu. Brązowy medal wywalczył Norweg Hilmar Myhra. Oficjalne ogłoszenie wyników i wręczenie nagród odbyło się w pobliskim hotelu: ''Po przyjęciu pucharu za drugie miejsce w otwartym konkursie skoków i za wicemistrzostwo świata na sali zerwała się burza długo niemilknących oklasków. Serdeczna obiektywność przejęła mnie do głębi. Ze wzruszenia o mało się nie popłakałem. Stałem przez dłuższą chwilę przed stołem, jakbym wrósł w ziemię, kłaniając się na wszystkie strony. Już chciałem wracać na swoje miejsce, gdy znowu mnie poproszono do stołu. Otrzymałem jeszcze jedną nagrodę – za najdłuższy skok dnia. - wspominał Stanisław Marusarz. Ciekawostką jest, że Asbjørn Ruud chciał oddać swój złoty medal Stanisławowi Marusarzowi. Jednak Polak nie zgodził się na przyjęcie medalu.
/Marta

Jedna z Najpiękniejszych Nutek o Miłości


https://www.facebook.com/djimprezkaa/videos/149371169384569/

Taniec

https://www.national-geographic.pl/national-geographic/nauka/taniec-moze-leczyc-depresje-i-inne-choroby-mozgu

O Grossie

https://twitter.com/BochenDaniel/status/1233021654156087296?s=19

czwartek, 27 lutego 2020

Ucieczka

27 lutego 1943 roku w KL Auschwitz miała miejsce ucieczka siedmiu polskich więźniów zatrudnionych w esesmańskiej kuchni. Zbiegami byli: Kazimierz Albin (nr 118), Tadeusz Klus (nr 416), Adam Klus (nr 419), Bronisław Staszkiewicz (nr 1225), Franciszek Roman (nr 5770), Włodzimierz Turczyniak (nr 5829) i Roman Lechner (nr 3505).
Wszystko rozpoczęło się około godziny 19, po wieczornym apelu, kiedy to plac apelowy opuścili już esesmani, a strażnicy, na skutek zimnego i porywistego wiatru zdecydowali się na obserwowanie obozu jedynie przez okienka. Zbiegowie zeszli do podziemnego magazynu, z którego zabrali cywilne ubrania i wyjęli okno, przez które wydostali się na zewnątrz. Biegiem dotarli do pustego posterunku straży, a następnie do drogi Oświęcim- Bielsko. Następnie pokonali rzękę Sołę, docierając do drogi Oświęcim- Kęty. Niemcy zorientowali się dopiero po dwudziestu minutach od ucieczki, wysyłając w okolicę samochody i patrole. W tym czasie Polacy dotarli już do wsi Tomice, gdzie znaleźli schronienie u jednego z gospodarzy, który wskazał im później drogę do granicy Generalnego Gubernatorstwa. Ostateczne schronienie znaleźli w okolicach Rzeszowa. Wojny nie przeżył tylko Adam Klus, który wiosną 1944 roku został zastrzelony przez niemieckich żandarmów podczas próby ucieczki w czasie aresztowania.
Wspomina 96-letni dziś Kazimierz Albin:
"Ucieczkę planowaliśmy na kwiecień lub maj, musieliśmy jednak przyspieszyć nasze działania. Pracowałem wówczas w kuchni SS. W sobotę 27 lutego 1943 roku późnym wieczorem czekaliśmy na mleko – na niedzielę mieliśmy gotować budyń dla esesmanów. Nagle z magazynu na dole wyszedł Franciszek Roman. Blady. „Włodek Turczyniak, Adam i Tadeusz Klusowie, Roman Lechner i Bronisław Staszkiewicz pakują się do ucieczki” – powiedział. Widział, jak przebierali się w cywilne ubrania i przechodzili przez odgiętą uprzednio kratę. My byliśmy ubrani w białe drelichy, nie było szans, by odnaleźć schowane w kotłowni cywilne ubrania. „Jeżeli nie teraz, to nigdy, uciekamy za nimi” – pomyślałem. Franek wrzucił do worka dwa granatowe kombinezony. Zabrałem pół bochenka chleba i kawałek kiełbasy. Przeszliśmy przez odgiętą kratę. Odrzuciliśmy drewnianą kratę, którą była zakryta piwniczna wnęka, i wyszliś­my na zewnątrz budynku, do którego pilnowania wyznaczono pięcio­osobową grupę esesmanów. To byli prości wachmani, zazdrościli nam, że pracujemy wewnątrz. Domyśliliśmy się, że dostaną od kolegów wódkę, kiełbasę i zadekują się w jakimś miejscu. Z jadalni, gdzie było spotkanie towarzyskie, padało światło z kilku wysokich okien. Wystarczyłoby spojrzenie jednego z uczestników biesiady i… Udało nam się jednak przeskoczyć w strumieniach światła. Trzeba było jeszcze przebiec duży teren ogrodzony siatką z drutem kolczastym na górze. Ogrodzenie nie było pod napięciem. Przeczołgaliśmy się pod spodem na drugą stronę. Przeskoczyliśmy szosę, zeszliś­my krzakami w kierunku Soły. Rzeką płynął lód. Noc była gwiaździsta, jakieś minus dziesięć stopni. Chcieliśmy uciekać na południowy wschód. Rozebraliśmy się i trochę płynąc, trochę przechodząc, znaleźliśmy się na środku rzeki. Dopiero w zimnej wodzie uświadomiłem sobie tragizm naszej sytuacji. Poprzedni etap ucieczki był jakby we śnie. Odezwała się syrena obozowa, najpierw niskie brzmienie, potem wysokie zawodzenie. Usłyszałem alarm w koszarach. Ruszyły jednostki pościgowe. Słychać było szczekanie psów. Ścigający musieli jednak jechać około trzech kilometrów do mostu na Starówkę. Te minuty dały nam szansę przeprawy. Po wyjściu z wody na mokre ciało z trudem założyliśmy ubranie. Przes­koczyliśmy szosę prowadzącą z Oświęcimia na Brzeszcze. Pomyślałem, że trzeba przebiec przez podmokły teren, by psy straciły trop. Zobaczyliśmy światła samochodów. Podbiegliś­my kawałek i zalegliśmy w gęstych krzakach. Samochody zatrzymały się. Straszliwy hałas. Komendy. Szczekanie psów. Kilkuset esesmanów rzuciło się w kierunku Soły, na ogromny teren, który opuściliśmy. Na naszej wysokości był punkt dowodzenia. Grupa podoficerów SS wystrzeliwała rakiety świetlne – mrówkę można było zobaczyć. Kiedy spadła rakieta, czołgaliśmy się pod osłoną krzewów. Później szliśmy na przełaj. Wokół wysiedlono Polaków i sprowadzono niemieckich bauerów. Wyjąca syrena obozowa była sygnałem również dla nich."
Boguś

Mambo Rock

https://www.facebook.com/tamtapolska/videos/173452087285955/BILL HALEY AND THE COMETS
Mambo Rock
1958r
Bill Haley, właściwie William John Clifton Haley (ur. 6 lipca 1925, w Highland Park zm. 9 lutego 1981 w Harlingen – amerykański muzyk i wokalista, jeden z pionierów rock and rolla. Bill Haley wywodził się z kręgów muzyki country. Jego styl był miksem country, dixieland i tradycyjnego rhythm and bluesa. Największym przebojem Billa Haleya była piosenka Rock Around the Clock.

Kiszona kapusta z jablkami

https://www.przy-garach.pl/kiszona-kapusta-z-jablkami/?fbclid=IwAR0q6lBeB067BFT_eylOWdQcqk2qMwsZonjJFaxh8Uljhml7P8IHMrcs5OY

Rock around the clock 1956r

https://www.facebook.com/tamtapolska/videos/201294497642284/Bill Haley, właściwie William John Clifton Haley (ur. 6 lipca 1925, w Highland Park zm. 9 lutego 1981 w Harlingen – amerykański muzyk i wokalista, jeden z pionierów rock and rolla. Bill Haley wywodził się z kręgów muzyki country. Jego styl był miksem country, dixieland i tradycyjnego rhythm and bluesa. Największym przebojem Billa Haleya była piosenka Rock Around the Clock.

Można posłuchać i rozważyć. /twórcy tego materiału też są agentami wpływu/

https://www.facebook.com/ZawiercieKukiz/videos/1132961150384656/

Co ukradli nam Szwedzi w czasie potopu?


Piotr Antoniewski, 26.02.2020
Pochód Szwedów do Kiejdan. Obraz Józef Brandt
Potop szwedzki z lat 1655-1660 był jednym z największych kataklizmów w historii Polski. Straty, jakie spowodował można chyba porównywać jedynie ze skutkami II wojny światowej. Szwedzcy najeźdźcy jednak nie tylko niszczyli, ale też grabili, pozbawiając nas wielu narodowych skarbów.
Masowa grabież
Początkowo nic nie wróżyło takiego obrotu sprawy. Szwedzkie dowództwo starało się trzymać w ryzach swoich żołnierzy i nie dopuszczać do nadmiernych grabieży. Nie było to łatwe, bowiem bogata Rzeczpospolita przy ubogiej, skalistej Szwecji uchodziła za kraj mlekiem i miodem płynący. Szwedzi jednak rekompensowali sobie początkową powściągliwość dużymi kontrybucjami i innymi fiskalnymi obciążeniami. W Krakowie np. okupanci nałożyli podatek od wszystkich transakcji kupna i sprzedaży. Do tego dochodziły obowiązki związane z utrzymaniem żołnierzy, zapewnieniem im zakwaterowania, żywności, a nawet darmowego piwa.
Szwedzi szybko jednakże stali się mistrzami w rabunku dzieł sztuki. Tworzono nawet specjalne oddziały, które tym się zajmowały. Aż ośmiokrotnie szwedzcy żołnierze rabowali katedrę wawelską. Przy tym dopuszczali się profanacji znajdujących się tam grobów, m.in. św. Stanisława, z którego trumny, na osobisty rozkaz gubernatora Krakowa gen. Wirtza, zdarto srebrną blachę, a następnie zabrano złoty relikwiarz. Podobny los spotykał sarkofagi polskich władców, z których zabierano wszystko co miało jakąkolwiek wartość.
Chorągiew Jana Kazimierza - dziś w Muzeum
Armii w Sztokholmie (Wikimedia Commons)
Z samego wawelskiego zamku zdzierano ze ścian obicia, marmury, ściągano okna i drzwi. Podobny los spotkał Zamek Królewski w Warszawie, z którego wynoszono nawet złote klamki. Po splądrowaniu zamku urządzono tam stajnie dla koni. To czego nie zrabowali Szwedzi dopełnili później Brandenburczycy. Ich łupem padły m.in. srebra królewskie, część obrazów oraz resztki marmurów.
Nie lepiej wyglądała sytuacja z dobrami magnackimi. Z samego zamku Lubomirskich w Nowym Wiśniczu wywieziono 150 wozów łupów. Szwedzi mają też na sumieniu najwspanialszą w ówczesnej Europie prywatna rezydencję, jaką był zamek Ossolińskich Krzyżtopór. Dość powiedzieć, że miał on 365 okien, wielkie akwarium z rybami nad salą jadalną, a w stajniach wykonano marmurowe żłoby i kryształowe lustra dla koni. Wszystko to zniszczyli barbarzyńcy z Północy.
Grabieży nie uniknęły także domy zwykłych ludzi. Ciężkie doświadczenia przeżyli w szczególności mieszczanie Krakowa i Warszawy, których szwedzcy żołdacy pozbawiali praktycznie wszystkiego. Rozbierano nawet drewniane budynki mieszkalne tylko po to, aby wzmocnić fortyfikacje. W rezultacie, Warszawa straciła w czasie potopu blisko 60 proc. budynków, w tym wszystkie młyny, archiwa, biblioteki oraz liczne kościoły i pałace. Warszawską Pragę niemal zrównano z ziemią.
Szwedzi w Polsce. Obraz Henryka Pillatiego
Luterańscy Szwedzi szczególnie lubili plądrować katolickie świątynie, wynosząc z nich lichtarze, kielichy czy obrazy. Złoto często przetapiano jeszcze na miejscu, a część łupów ruszała w wyprawę za Bałtyk. Tak planowano zrobić z marmurowymi i brązowymi rzeźbami z ogrodów Zamku Królewskiego w Warszawie. Ładunek miał odpłynąć Wisłą w stronę morza, lecz niektóre barki i żaglowce były tak obładowane łupami, że okazało się to niemożliwe. Zdarzało się, że statek szedł na dno zaraz po odbiciu od brzegu. Dopiero w 2012 i 2015 r. w wyniku rekordowo niskiego stanu wód na Wiśle zauważono wystające znad tafli wody posągi.  Zatonięcie tych barek było prawdziwym szczęściem. Gdyby bowiem statki te popłynęły do Szwecji, to wielce prawdopodobnie, że nigdy byśmy tych dzieł więcej nie zobaczyli, tak jak większości zrabowanych przez Szwedów skarbów.
Wszystko co najlepsze w Szwecji
Chłopięca, paradna zbroja Władysława Wazy
znajdująca się obecnie w Livrustkammaren
w Sztokhholmie - najstarszym szwedzkim muzeum
(Royal Armoury /CC BY-SA/Wikimedia Commons)
Kończący wojnę traktat oliwski z 3 maja 1660 r. zobowiązywał Szwedów do zwrotu zagrabionych archiwów i księgozbiorów. Pomimo trwających, z przerwami, 350 lat starań o to, Szwecja konsekwentnie odmawia oddania skradzionych dóbr. Dziś poloniki, które znajdują się w szwedzkich zbiorach, stanowią ozdoby tamtejszych muzeów i bibliotek. Pamiętajmy, że skarby zagrabione w trakcie potopu, to dobra pochodzące z okresu największej potęgi Rzeczypospolitej, czyli były to najceniejsze precjoza, które uosabiały siłę polsko-litewskiego państwa.
Proszę sobie wyobrazić takie eksponaty, jak: paradna zbroja króla Zygmunta Augusta, portret przyszłego Władysława IV z warsztatu Petera Paula Rubensa, popiersia Jana Kazimierza i Ludwiki Marii dłuta Giovanniego Francesco Rossiego, sztandary jednostek gwardyjskich Jana Kazimierza, róg myśliwski Zygmunta III Wazy, do tego księgozbiory, jak cała biblioteka braniewska, woluminy jezuitów i bernardynów z Poznania, prace Kopernika z jego odręcznymi notatkami, pierwsze norymberskie wydanie "O obrotach ciał niebieskich" z 1543 r. czy najdawniejszy drukowany tekst "Bogurodzicy". To wszystko jest w szwedzkich zbiorach. Już w 1656 r. wyliczono, że w sztokholmskim zamku znajduje się ok. 200 obrazów przywiezionych z Rzeczypospolitej, kilkadziesiąt dywanów i namiotów tureckich, instrumenty muzyczne, meble, brązy, marmury, chińską porcelanę, broń, tkaniny, książki i rękopisy.
Jakby tego mało, oprócz grabieży Szwedzi również niszczyli. Szacuje się, że w trakcie potopu ucierpiało 188 miast, 87 zamków (większość już się nie podźwignęła z ruiny), 89 pałaców, 153 kościoły. Ta skala dopiero pokazuje, jak dużym ciosem dla Rzeczypospolitej był najazd szwedzki z 1655 r. Państwo polsko-litewskie nigdy po nim nie osiągnęło stanu sprzed tego konfliktu. Nigdy też nie otrzymaliśmy od Szwedów żadnej rekompensaty ani nie zwrócono nam zrabowanych skarbów. Jedynie w 1974 r. premier Szwecji przywiózł do Polski i wręczył w podarku tzw. rolkę sztokholmską – rulon, na którym namalowano uroczystości ślubne Zygmunta III Wazy z Konstancją Habsburg. Był to jednak tylko wyjątek. Dlatego, aby podziwiać nasze największe precjoza, uosabiające potęgę Rzeczypospolitej musimy udać się do Szwecji.

Myśliwi, to taka nasza ludzka, nieudana próba zastąpienia wilków.


https://www.facebook.com/SortowniaOpinii/videos/197617698154067/

Zamiast kreować na bohaterów ludowych „spacerowiczów” ryzykujących życie, żeby utrudnić polowanie, zrób coś, żeby w Polsce było więcej wilków. Dzisiaj po prostu potrzebujemy myśliwych, bo naruszyliśmy piramidę troficzną eksterminując wilki.
Historia jest prosta: 1) wybiliśmy wilki 2) populacja jeleniowatych eksplodowała. Wilk był jedynym naturalnym drapieżnikiem saren, łosi, jeleni, muflonów czy danieli. Teraz jego populacja rośnie, ale musiałaby wzrosnąć 6-10 krotnie, żeby zacząć realnie wpływać na jeleniowate. W tym tempie to potrwa ze 30-50 lat.
Opierając się na badaniach z parku Yellowstone, Peter Wohlleben (autor Sekretnego życia drzew i Nieznanych więzów natury) wnioskuje, że w naszych lasach jest 50 razy więcej jeleniowatych niż występowałoby naturalnie (gdyby, żyły w równowadze troficznej z wilkami). Ja czytam to samo badanie i wychodzi mi 4,5 razy za dużo. Tak czy inaczej to jest dużo, za dużo.
Mamy też problem ze strukturą lasów w Polsce. Oczywiście, że sami jesteśmy temu winni. To my, ludzie, posadziliśmy w ¾ lasy iglaste. A tyle powinno być lasów liściastych. Przywracanie bioróżnorodności polskich lasów utrudniają jeleniowate. Bo pędy młodych dębów, buków, grabów, olch, topoli, brzóz, klonów to dla nich przysmak. Jakiekolwiek nowe nasadzenie, które nie jest zabezpieczone jest dla nich jak cukiernia dla grupy przedszkolaków. Tak duża ilość saren i jeleni jest utrudnieniem w przywracaniu naturalnej równowagi w polskich lasach.
Myśliwi, to taka nasza ludzka, nieudana próba zastąpienia wilków. Nieudana, bo trudno oczekiwać, że ze 150 metrów, przy kilku sekundach na decyzję, będą w stanie położyć najsłabszych członków stada. I do tego jeszcze, dokarmiają jeleniowate zimą co utrudnia odbudowanie populacji wilków.
Jeśli wiesz coś w tej kwestii czego ja nie wiem i ma to wartość merytoryczną, bardzo chętnie przeczytam.
Materiał źródłowy:
Wolves for Yellowstone: dynamics in time and space; Mark S Boyce; University of Alberta https://academic.oup.com/jmammal/article/99/5/1021/5107035
https://stat.gov.pl/…/rocznik-statystyczny-lesnictwa-2019,1…

środa, 26 lutego 2020

Miejsce kaźni Romów i Sinti

https://polskieradio24.pl/39/156/Artykul/2462102,AuschwitzBirkenau-Miejsce-kazni-Romow-i-Sinti?fbclid=IwAR2ox_LBTfDdaPFZMKEtu7MsBD2yQM1aAajMbDmjXEo42__LOlLYyf0l7fg

15 polskich hymnów i pieśni hymnicznych, o których warto pamiętać!

https://histmag.org/15-polskich-hymnow-i-piesni-hymnicznych-o-ktorych-warto-pamietac-11007?fbclid=IwAR2eel1yoicMqct1xtwJDxJjrrUkrnHuU-XThH_YJalRwKUVWa6mQvbBbPs

Warto przeczytać i udostępnić znajomym.

Mega wykład! Naprawdę warto przeczytać! Obrazki

Waterloo

26.02.1815 r.

Po ucieczce z Elby Napoleon Bonaparte jeszcze raz sięgnął po władzę. Jego sto dni zakończyło się jednak ostateczną klęską pod Waterloo i upadkiem cesarstwa.

1 marca 1815 r. około godziny 2 w nocy w zatoce Juan na Riwierze Francuskiej zacumował statek płynący z wyspy Elba na Morzu Śródziemnym. Z jego pokładu zszedł niewysoki, szczupły, odświętnie ubrany człowiek, któremu towarzyszyło około 800 wojskowych. Napoleon Bonaparte, cesarz Francuzów, który prawie rok wcześniej został zdetronizowany i osiadł na Elbie, postanowił powrócić do ogarniętego chaosem kraju i ponownie przejąć władzę. Jego oddział rozbił pierwszy obóz w gaju oliwnym, aby zażyć wypoczynku po nużącej podróży. 21 godzin później wypoczęty Bonaparte wyruszył na czele garstki żołnierzy w stronę Paryża. Mogło się wydawać, że klęska Napoleona jest tylko kwestią czasu, gdyż jego oddział był zbyt mały, by cokolwiek znaczyć w starciu zbrojnym z przeważającymi siłami wroga. Jednak z każdym dniem siły Bonapartego rosły. 4 marca na czele bez mała 1000 żołnierzy dotarł do miejscowości Digne w Prowansji, aby kolejnego dnia stanąć w Gap u podnóża Alp. Kazał tam wydrukować proklamację, którą podyktował tydzień wcześniej na pokładzie statku. Wynikało z niej, że unieważnia swoją detronizację i ponownie staje się cesarzem.

Zakręty historii:

Cesarz Francuzów uciekł z Elby 26 lutego 1815 r., gdy trwały jeszcze obrady kongresu wiedeńskiego mającego ustalić porządek w ponapoleońskiej Europie. Gdziekolwiek stanął Bonaparte, przyłączali się do niego żołnierze z jego dawnych jednostek, uciekinierzy, weterani, ochotnicy, a w końcu przypadkowi obywatele, którzy nie chcieli burbońskiej Francji zależnej od obcych mocarstw. 7 marca na błoniach nad Wielkim Jeziorem Laffrey Napoleonowi zastąpił drogę batalion piechoty. Sprawa rozstrzygnęła się bez jednego wystrzału, bo piechurzy przeszli pod komendę monarchy. Tego samego dnia oddział Napoleona dotarł do Grenoble. Na ulice wyległy tłumy mieszczan, które witały cesarza owacjami. Również władze cywilne, kościelne i wojskowe natychmiast opowiedziały się po stronie Bonapartego. Trzy dni później Napoleon, mając już 18 tys. żołnierzy i 300 dział, zajął Lyon, gdzie ogłosił się najwyższą władzą we Francji. Tydzień później dotarł do Chalons en Champagne, gdzie naprzeciw wyszedł mu były wierny dowódca Michel Ney. On i jego wojska natychmiast przyłączyły się do cesarza. Trzy dni później przy wiwatach tłumów wszyscy dotarli do Paryża, skąd zaledwie 20 godzin wcześniej uciekł król Ludwik XVIII. Napoleon zakwaterował się w pałacu Tuileries. Wszystko szło po jego myśli. Wydawało się, że zrzucił z siebie odium lipskiej klęski i znowu pokona sprzymierzone armie. Zanim doszło do konfrontacji zbrojnej, 22 kwietnia w swojej siedzibie w Tuileries cesarz ogłosił nową konstytucję (nazwaną później Aktem Dodatkowym), gwarantującą wolność wyznania, wolność słowa i wolności obywatelskie. Co paradoksalne, autorem dokumentu był liberalny demokrata Henri Benjamin Constant de Rebecque, który przez poprzednie lata był nieprzejednanym wrogiem Bonapartego (jednak na krótko poparł cesarza, właśnie po jego ucieczce z Elby). W tej sytuacji stało się jasne, że kongres wiedeński został zwołany przedwcześnie, abdykacja Bonapartego sprzed roku jest nieważna, a przyszłość jego samego i Francji rozstrzygnie się na polu bitwy. Tak się też stało.

W ciągu tych kilku tygodni Bonaparte nadludzkim wysiłkiem zebrał 80-tysięczną armię i ruszył na jej czele w stronę Brukseli (wówczas na terytorium Zjednoczonych Niderlandów), gdzie stały armie koalicji antyfrancuskiej: angielska dowodzona przez księcia Arthura Wellesleya Wellingtona i pruska pod wodzą Gebharda von Blüchera. Potencjały wojsk były wyrównane. Armie sprzymierzonych liczyły 50 tys. piechoty, 12,5 tys. kawalerii i 216 dział. Napoleon wiódł 49 tys. piechurów, niemal 16 tys. kawalerzystów i 246 armat.

Wydawało się, że szczęście znów będzie sprzyjać cesarzowi, tym bardziej że 16 czerwca Napoleon niemal z marszu pokonał wojska koalicji pod Quatre Bras i Ligny. Po tej ostatniej bitwie wysłał armię pod dowództwem marszałka Emanuela de Grouchy'ego w pościg za uciekającym wojskiem pruskim. Liczył, że rozbici Prusacy nie zbiorą się ponownie i nie połączą z Anglikami, a w tym czasie on pokona Wellingtona. Napoleon miał podstawy do optymizmu. Zwrócił uwagę, że jego przeciwnik, który nie dorównywał mu ani talentem, ani doświadczeniem, rozlokował swoje wojska bardzo niekorzystnie. Nie wiedział jednak, że chytry feldmarszałek pruski postanowił w kluczowym momencie przyjść z pomocą swoim angielskim sojusznikom i zmylić de Grouchy'ego.

Gebhard von Blücher w dzień poprzedzający bitwę wymienił przez kurierów kilka listów z księciem Wellingtonem i zorientował się, że armia francuska jest podzielona na główne siły pod dowództwem Napoleona i właśnie armię Grouchy'ego. Von Blücher podzielił więc także swoją, dopiero co rozbitą armię. 20-tysięczny korpus pod dowództwem generała Thielmanna wysłał przeciwko Grouchy'emu, aby ten nie wrócił i nie wsparł Napoleona. 18 czerwca około godziny 11 na polach pod Waterloo Francuzi zaatakowali. Wellington przegrywał. Do zdesperowanych oficerów krzyczał: „Niech giną, niech umierają, ale niech walczą". Z rozpaczliwej sytuacji wyciągnęły Wellingtona posiłki, które przysłał feldmarszałek von Blücher. Prusacy wsparli prawe skrzydło armii angielskiej, Wellington przerzucił więc swoje siły do centrum oraz na lewe skrzydło i zorganizował kontratak. Napoleon próbował ściągnąć na pole bitwy de Grouchy'ego, ale goniec z jego listem szedł aż 6 godzin i gdy marszałek zorientował się w sytuacji, nie mógł już dołączyć, by wesprzeć Napoleona. Wojska francuskie pod naporem ogromnej przewagi wroga przegrały bitwę i musiały się wycofać.

22 czerwca Napoleon po raz drugi podpisał akt swojej abdykacji i podjął próbę wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Anglicy, którzy obawiali się, że znowu może uciec, zablokowali francuskie porty. Bonaparte poddał się, a kilka miesięcy później jako więzień rządu w Londynie znalazł się na Wyspie Świętej Heleny. Do Paryża wrócił Ludwik XVIII. Kongres wiedeński dokończył swoje obrady. Tak ostatecznie dobiegła końca epoka napoleońska. Cesarz upadł, ale jego legenda pozostała. Ona żyje do dziś.

Przedwojenne wakacje dla elity: Truskawiec


https://tytus.edu.pl/2020/02/26/przedwojenne-wakacje-dla-elity-truskawiec/?fbclid=IwAR1Vv2Hojc5any2Kub_-q4QpGP5ztARjGUa7RCufJSVyGtK-koQGVgmMgh8

Kiedy Twój talent może sprawiać przyjemność innym


https://twitter.com/MariuszCiarka/status/1232422894510186496?s=20

Oblężenie Smoleńska

https://www.facebook.com/groups/HistoriaNaKazdyDzien/permalink/2721581664577340/

AK

https://www.facebook.com/437901069622363/posts/2776951972383916/

Portofino

https://www.facebook.com/100003508125817/posts/2523575137769399/

Tydzień

https://www.facebook.com/1687469751574933/posts/2538847219770511/

Ojos w Andach

https://www.facebook.com/1514102375481795/posts/3155195771372439/

Dług

https://www.facebook.com/642106379515015/posts/1113403759051939/

Palmiry

https://www.facebook.com/1514102375481795/posts/3155185414706808/

wtorek, 25 lutego 2020

Pies psa

https://www.facebook.com/operativeukr/videos/196228418390807/

Jak konstytucyjnie zdefiniować, kto jest Polakiem, a kto nim nie jest?

https://youtu.be/YAtbH-Bg4v0

Był oddany swojemu powołaniu.

23 lutego 1960 roku w Warszawie, wieku 86 lat zmarł generał Bolesław Szarecki (zdjęcie) lekarz wojskowy, weteran pierwszej wojny światowej i wojny polsko- bolszewickiej w roku 1920, uczestnik walk pod Monte Monte Cassino, szef służby zdrowia Armii Polskiej generała Władysława Andersa w Związku Radzieckim.
Mając już 65, w chwili niemieckiej agresji na Polskę w roku 1939 zgłosił się na ochotnika do wojska. Podjął służbę w jako chirurg w 104. szpitalu wojennym. Po 17 września 1939 roku trafił do sowieckiej niewoli do obozów w Kozielsku i Griazowcu. W roku 1941 wstąpił do organizowanej przez generała Andersa Armii Polskiej. Był oddany swojemu powołaniu. Zasłynął z tego, że już jako 70-latek, w czasie bitwy pod Monte Cassino przez dwie doby operował i kierował pracą Głównego Punktu Opatrunkowego. Po wojnie zajął się organizowaniem służby zdrowia w nowym Wojsku Polskim. Był autorem kilku publikacji z zakresu chirurgii wojennej.
Boguś