ORP " Groźny" 351

ORP " Groźny" 351
Był moim domem przez kilka lat.

czwartek, 27 lutego 2020

Ucieczka

27 lutego 1943 roku w KL Auschwitz miała miejsce ucieczka siedmiu polskich więźniów zatrudnionych w esesmańskiej kuchni. Zbiegami byli: Kazimierz Albin (nr 118), Tadeusz Klus (nr 416), Adam Klus (nr 419), Bronisław Staszkiewicz (nr 1225), Franciszek Roman (nr 5770), Włodzimierz Turczyniak (nr 5829) i Roman Lechner (nr 3505).
Wszystko rozpoczęło się około godziny 19, po wieczornym apelu, kiedy to plac apelowy opuścili już esesmani, a strażnicy, na skutek zimnego i porywistego wiatru zdecydowali się na obserwowanie obozu jedynie przez okienka. Zbiegowie zeszli do podziemnego magazynu, z którego zabrali cywilne ubrania i wyjęli okno, przez które wydostali się na zewnątrz. Biegiem dotarli do pustego posterunku straży, a następnie do drogi Oświęcim- Bielsko. Następnie pokonali rzękę Sołę, docierając do drogi Oświęcim- Kęty. Niemcy zorientowali się dopiero po dwudziestu minutach od ucieczki, wysyłając w okolicę samochody i patrole. W tym czasie Polacy dotarli już do wsi Tomice, gdzie znaleźli schronienie u jednego z gospodarzy, który wskazał im później drogę do granicy Generalnego Gubernatorstwa. Ostateczne schronienie znaleźli w okolicach Rzeszowa. Wojny nie przeżył tylko Adam Klus, który wiosną 1944 roku został zastrzelony przez niemieckich żandarmów podczas próby ucieczki w czasie aresztowania.
Wspomina 96-letni dziś Kazimierz Albin:
"Ucieczkę planowaliśmy na kwiecień lub maj, musieliśmy jednak przyspieszyć nasze działania. Pracowałem wówczas w kuchni SS. W sobotę 27 lutego 1943 roku późnym wieczorem czekaliśmy na mleko – na niedzielę mieliśmy gotować budyń dla esesmanów. Nagle z magazynu na dole wyszedł Franciszek Roman. Blady. „Włodek Turczyniak, Adam i Tadeusz Klusowie, Roman Lechner i Bronisław Staszkiewicz pakują się do ucieczki” – powiedział. Widział, jak przebierali się w cywilne ubrania i przechodzili przez odgiętą uprzednio kratę. My byliśmy ubrani w białe drelichy, nie było szans, by odnaleźć schowane w kotłowni cywilne ubrania. „Jeżeli nie teraz, to nigdy, uciekamy za nimi” – pomyślałem. Franek wrzucił do worka dwa granatowe kombinezony. Zabrałem pół bochenka chleba i kawałek kiełbasy. Przeszliśmy przez odgiętą kratę. Odrzuciliśmy drewnianą kratę, którą była zakryta piwniczna wnęka, i wyszliś­my na zewnątrz budynku, do którego pilnowania wyznaczono pięcio­osobową grupę esesmanów. To byli prości wachmani, zazdrościli nam, że pracujemy wewnątrz. Domyśliliśmy się, że dostaną od kolegów wódkę, kiełbasę i zadekują się w jakimś miejscu. Z jadalni, gdzie było spotkanie towarzyskie, padało światło z kilku wysokich okien. Wystarczyłoby spojrzenie jednego z uczestników biesiady i… Udało nam się jednak przeskoczyć w strumieniach światła. Trzeba było jeszcze przebiec duży teren ogrodzony siatką z drutem kolczastym na górze. Ogrodzenie nie było pod napięciem. Przeczołgaliśmy się pod spodem na drugą stronę. Przeskoczyliśmy szosę, zeszliś­my krzakami w kierunku Soły. Rzeką płynął lód. Noc była gwiaździsta, jakieś minus dziesięć stopni. Chcieliśmy uciekać na południowy wschód. Rozebraliśmy się i trochę płynąc, trochę przechodząc, znaleźliśmy się na środku rzeki. Dopiero w zimnej wodzie uświadomiłem sobie tragizm naszej sytuacji. Poprzedni etap ucieczki był jakby we śnie. Odezwała się syrena obozowa, najpierw niskie brzmienie, potem wysokie zawodzenie. Usłyszałem alarm w koszarach. Ruszyły jednostki pościgowe. Słychać było szczekanie psów. Ścigający musieli jednak jechać około trzech kilometrów do mostu na Starówkę. Te minuty dały nam szansę przeprawy. Po wyjściu z wody na mokre ciało z trudem założyliśmy ubranie. Przes­koczyliśmy szosę prowadzącą z Oświęcimia na Brzeszcze. Pomyślałem, że trzeba przebiec przez podmokły teren, by psy straciły trop. Zobaczyliśmy światła samochodów. Podbiegliś­my kawałek i zalegliśmy w gęstych krzakach. Samochody zatrzymały się. Straszliwy hałas. Komendy. Szczekanie psów. Kilkuset esesmanów rzuciło się w kierunku Soły, na ogromny teren, który opuściliśmy. Na naszej wysokości był punkt dowodzenia. Grupa podoficerów SS wystrzeliwała rakiety świetlne – mrówkę można było zobaczyć. Kiedy spadła rakieta, czołgaliśmy się pod osłoną krzewów. Później szliśmy na przełaj. Wokół wysiedlono Polaków i sprowadzono niemieckich bauerów. Wyjąca syrena obozowa była sygnałem również dla nich."
Boguś

Brak komentarzy: