Zawitałam tam w sierpniowe popołudnie. Stanęłam przed urokliwą drewnianą parafią z otwartymi okiennicami. Na środku ścieżki leżał duży pies. Nawet nie podniósł łba, kiedy przekroczyłam bramkę. Potraktował mnie jak setną tego dnia muchę leniwie krążącą koło jego pyska. Skierowałam się ku drewnianej cerkiewce. Na jej dachu tkwiło kilka krzyży. Jeden z nich posiadał dodatkową poprzeczną belkę charakterystyczną dla krzyży prawosławnych. Cerkiew była zamknięta. Obok wisiała karteczka: „Klucza proszę szukać na plebanii”.
Obok, na wzgórku, niewielka kaplica. Trójkątny daszek i kilka cebulastych kopuł przywodziło na myśl chińskie świątynki. Na drzwiach i okiennicach kolorowe ikony. Kilkunastu świętych wpatrywało się we mnie uważnymi oczami. Kapliczkę wybudowano kilkanaście lat temu, kiedy do Kostomłotów sprowadzono relikwie męczenników z pobliskiego Pratulina. Odmówili porzucenia swego unickiego wyznania na rzecz prawosławia. Zostali zabici przez kozaków na progu swej świątyni w 1874 roku. Według przekazów historycznych, podczas egzekucji klękali na kolana, modlili się i śpiewali nabożne pieśni. W 1996 roku papież Jan Paweł II wyniósł ich na ołtarze.
Po chwili pukam do drzwi plebanii. Wita mnie sympatyczny duchowny. Mam chwilę poczekać, zaraz przyjdzie i otworzy cerkiew. Siadam na ławce w cieniu drzew. Po kilku minutach kapłan wraca i otwiera drzwi. Przez chwilę stoimy w ciszy. Świątynia unicka wygląda jak zwykła cerkiew prawosławna. Dwurzędowy ikonostas, lampki i świece, na ścianach ikony przyozdobione haftowanymi ręcznikami. Po chwili rzucają mi się w oczy elementy, których nie spotyka się w cerkwiach prawosławnych: obok Madonny z dzieciątkiem wisi oprawione zdjęcie papieża Benedykta XVI, obok cerkiewnych chorągwi ikona trzynastu męczenników z Pratulina, o czym informuje napis po polsku, ale z literami stylizowanymi na cyrylicę. Ikonostas jest oddzielony od wiernych charakterystyczną dla kościołów katolickich balustradą.
Dzień jest upalny i ksiądz ociera pot z czoła. Pomimo widocznego zmęczenia przyjmuje mnie uprzejme i zaczyna opowieść o historii unitów. W jej trakcie dołączają do nas kolejni i kolejni turyści. Potem jeszcze więcej turystów. Ksiądz ma ze zwiedzającymi pełne ręce roboty, ale swoje usługi przewodnickie traktuje jako część posługi. Cierpliwie odpowiada na pytania, tłumaczy, wyjaśnia. Który raz opowiada dzisiaj tę samą historię, ile razy padły już podobne pytania? Ksiądz Zbigniew Nikoniuk jest niezmordowany. Jest księdzem katolickim i kiedy usłyszał od zwierzchnika, że ma objąć parafię unicką, uczciwie przyznaje, że miał mieszane uczucia, ale przyjął służbę z pokorą. Zapuścił brodę. Teraz jest bardzo zadowolony. Gorąco popiera zjednoczenie Kościołów chrześcijańskich. Jego parafia liczy 120 osób, w większości mieszkańców Kostomłotów, ale są też rodziny z Siedlec, Terespola. Ton jego głosu zmienia się tylko wtedy, gdy zaczyna wspominać nową cerkiew prawosławną, która powstała we wsi kilka lat temu. Z jego parafii odeszło do niej około trzydziestu osób.
Historia pogranicza religijnego jest wyjątkowo skomplikowana. Po zawarciu unii lubelskiej pojawiła się polityczna potrzeba mocniejszego przywiązania ludności zamieszkującej wschodnie tereny do Rzeczypospolitej, ponieważ prawosławna ludność bardziej ciążyła ku Moskwie niż ku Warszawie. Po zawarciu unii politycznej rozpoczęto prace nad stworzeniem unii Kościołów: katolickiego i prawosławnego. Długie i żmudne rozmowy pomiędzy hierarchami zaowocowały zawarciem unii na synodzie w Brześciu w 1596 roku. W myśl porozumień wierni Kościoła prawosławnego przyjmowali zwierzchnictwo papieża i dogmaty katolickie, pozostawiając wschodni obrządek liturgiczny.
Choć nie wszyscy zaakceptowali unię – najsilniejszy opór stawiały bractwa prawosławne – to większość podporządkowała się ustaleniom i Kościół unicki bez przeszkód funkcjonował aż do czasu zaborów. Zaborca rosyjski zdelegalizował unię i wszystkich unitów siłą włączył do Kościoła prawosławnego. Świątynie unickie zamieniono na cerkwie prawosławne, a wyznawcy unii byli prześladowani. Większość unitów nie chciała powrotu na łono Cerkwi prawosławnej. Byli unitami od kilku pokoleń i zrośli się z wyznaniem, nie chcieli więc porzucać religii przodków. I znowuż linia Bugu miała decydujący wpływ. Po wschodniej stronie rzeki procesy włączania unitów do prawosławia przebiegały o wiele łagodniej niż po zachodniej, gdzie zaborca niejednokrotnie posuwał się do drastycznych form przymusu, z krwawymi jatkami włącznie. Prześladowania trwały aż do 1905 roku, kiedy to car Mikołaj II wydał ukaz tolerancyjny pozwalający swobodnie wybierać wyznanie. Po wschodniej stronie Bugu większość byłych unitów pozostała przy prawosławiu, po zachodniej – masowo porzucali Cerkiew i przechodzili na katolicyzm. W przeciągu kilku dni parafie katolickie kilkakrotnie pomnożyły swoją liczebność.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości prawosławie było kojarzone z rosyjskim zaborcą, pamięć doznanych krzywd pozostawała żywa. Karta się odwróciła. W dwudziestoleciu międzywojennym na Podlasiu zburzono ponad sto świątyń prawosławnych, a parafie zlikwidowano. Odżyła idea unii kościelnej pod przewodnictwem Watykanu. Tak narodziła się neounia, ale zamiast pokoju przyniosła wybuch nowych konfliktów. Mimo że tworzenie parafii unickich przebiegało opornie, udało się stworzyć niewielką sieć, w tym parafię w Kostomłotach. Wiatr historii nie był dla nich jednak przychylny. Po II wojnie światowej unitów uznano za ukraińskich nacjonalistów i w ramach akcji „Wisła” rozsiano po całym kraju. Mieszkańców wsi Kostomłoty przesiedlono na Mazury. Część ludzi zdołała powrócić do rodzinnej miejscowości, stworzono parafię neounicką. Obecnie jest to jedyna taka parafia w Polsce.
Unia kościelna bywa postrzegana bardzo różnie. Akceptowana i pożądana przez katolików, którzy widzą w niej szansę na zjednoczenie, krytykowana przez prawosławnych, którzy zarzucają jej ukryte intencje przyciągania wiernych do katolicyzmu. W okresie obowiązywania unii lubelskiej cerkwie latynizowano i upodabniano do kościołów katolickich – zarówno pod względem formy, jak i treści nabożeństw.
Podlasie, sielska kraina z filmu U Pana Boga za piecem. Tutaj się przyjeżdża odpocząć, posłuchać śpiewu ptaków i ciszy. Uważne ucho wychwyci jednak ściszone pomruki wojny, chociażby to była wojna na liczbę przydrożnych krzyży. Echa walk odbijają się od pamiątkowych obelisków i ikon męczenników".
Fragment książki Ewy Zwierzyńskiej pt. "Podlaska mozaika. Reportaże z raju - krainy błota i mgły"
Fot. Ewa Zwierzyńska