Za 100 lat — w roku 2125 — wszyscy już odejdziemy. Zostaniemy pochowani, razem z naszymi obecnymi bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi.
W domach, które budowaliśmy przez całe życie, zamieszkają obcy ludzie. To, co dziś uważamy za swoje — nasze meble, obrazy, książki, pamiątki — stanie się własnością kogoś innego. Nasz samochód, na który tyle odkładaliśmy, prawdopodobnie skończy na złomowisku albo trafi w ręce jakiegoś kolekcjonera, któremu nasze nazwisko nic nie powie.
Nasi prawnukowie może nawet nie będą wiedzieli, kim byliśmy. (Ilu z nas zna imię ojca swojego dziadka?) Przez kilka lat ktoś może jeszcze wspomni nas przy okazji świąt czy rodzinnych spotkań, ale później zostanie po nas co najwyżej zdjęcie w ramce. I cisza.
Gdybyśmy choć na chwilę się zatrzymali i zadali sobie kilka prostych pytań — może zobaczylibyśmy, jak ślepa była pogoń za rzeczami, które i tak przeminą.
Gdybyśmy naprawdę o tym pomyśleli, nasze podejście do życia by się zmieniło. Może zaczęlibyśmy bardziej być — niż mieć.
Pragnienie „więcej i więcej” odbiera nam czas na to, co w życiu naprawdę cenne: na rozmowy, których nie odbyliśmy, spacery, na które nie starczyło sił, przytulenia, które zostawiliśmy na „potem”, pocałunki dzieci, śmiech z ukochanym, wspomnienia, które moglibyśmy tworzyć — ale ich nie ma.
To byłyby chwile warte zapamiętania. Te, które napełniają duszę ciepłem i prawdziwą radością.
Zamiast tego marnujemy kolejne dni na gonitwę, na gromadzenie rzeczy, które znikną bez śladu...
Autor nieznany - Życie
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz