Idąc na Wawel, mijamy taki oto mur, pełen tabliczek. To tzw. cegiełki wawelskie - bloczki z kamienia szydłowieckiego z nazwiskami i instytucjami ofiarodawców, którzy chcieli wesprzeć restaurację Zamku Królewskiego. Zamek bowiem austriacki zaborca rozgrabił i zdewastował, przerabiając na koszary, a wiele budynków zburzył. Wiedeńscy barbarzyńcy w XVIII wieku zniszczyli m. in. strop Sali Poselskiej, zburzyli kościoły św. Michała i św. Jerzego. Prusacy ponadto ukradli (i przetopili) polskie insygnia królewskie, a Rosjanie - arrasy i Szczerbiec. Nic nie miało przypominać o potędze tego miejsca i jego prawowitych gospodarzy.
W 1921 r. kierownik restauracji, prof. Adolf Szyszko-Bohusz, wezwał społeczeństwo do składania datków na odbudowę tego symbolu. Polacy - tak w kraju, jak i zagranicą - odpowiedzieli tłumnie. Odbudowę symbolu Rzeczypospolitej finansowały osoby prywatne, uniwersytety, szkoły, jednostki wojskowe, banki, harcerze, kolejarze, artyści, Kościół Katolicki. Arystokraci, politycy, kupcy, robotnicy i rzemieślnicy. Nawet imprezowicze sylwestrowi z Sosnowca. Bogaci i biedni. Stołeczne Królewskie Miasto Kraków, miasto Lwów, miasto Warszawa. Ale i kresowe Brody i Drohobycz, góralski Nowy Targ, podzielony Olzą Cieszyn, emigranci z Argentyny...
Słowem - cały naród.
W sumie było to 6329 cegiełek na kwotę łączną 5 486 700 marek i 13 300 złotych. Po II WŚ tysiąc z nich komuniści zniszczyli.
Dobrze, że 100 lat temu Polacy mieli inne zdanie niż obecnie co do odbudowy zabytków, bo dzisiaj byłoby pewnie słychać krzyki, że po co, że drogie, że niepotrzebne, że symbol polskiej megalomanii i nacjonalizmu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz