Wartownicy wytężali wzrok, by nie przegapić żadnego zagrożenia. Cała miejscowość była pogrążona w ciemnościach. Wieś nie przypominała jednak spokojnej turystycznej miejscowości utulonej w spokojnym śnie. Wokół czaiło się zagrożenie, którego wartownicy wypatrywali. Tym, razem się nie mylili ...
Lato 1946 roku w Bieszczadach to nie był okres spokojnego turystycznego wypoczynku. Zwiedzający dzisiaj te okolice musieliby być zdumieni, gdyby wiedzieli, że niedźwiedzie i wilki nie były wtedy jedynym zagrożeniem dla ludzi. Po bieszczadzkich lasach grasowały sotnie UPA, wielokrotnie groźniejsze od dzikich zwierząt. Wojska Ochrony Pogranicza, dopiero co zorganizowane, stanęły przed ciężkim, wręcz niewykonalnym, w tamtych warunkach zadaniem. Działając rozrzuconymi wzdłuż nowej linii granicy państwowej strażnicami miały spacyfikować działania UPA w strefie przygranicznej i uszczelnić granicę, by z ZSRS nie docierały na teren Polski nowe sotnie ukraińskich nacjonalistów. Ba... łatwo powiedzieć. Strażnice liczyły około 30 żołnierzy WOP, a sotnie zwykle po około 100 - 150 strzelców UPA. Na początku 1946 roku władze utraciły kontakt z kilkoma gminami leżącymi na terenie Bieszczad. Polska administracja została tam zlikwidowana przez UPA. Banderowcom wtedy zaczęły przeszkadzać strażnice WOP, które się ostały na tych terenach. W związku z tym UPA zaczęła przeprowadzać ataki na te posterunki. Okazało się, że tak małe jednostki nie są w stanie się obronić. Taka sytuacja dotyczyła 36 Komendy WOP. Z racji tego, że poszczególne strażnice nie mogły się otrzymać w terenie, wycofano je do siedziby Komendy w Wołkowyi. Łącznie zabrało się tam 200 żołnierzy, uzbrojonych w 2 moździerze, cekaemy, erkaemy, pistolety automatyczne i broń ręczną.
Sama Wołkowyja była atakowane przez UPA kilkukrotnie. Doszło do tego, że miejscowość opuściła polska administracja i "rządziła" tutaj UPA. Dopiero pojawienie się w maju 1946 roku żołnierzy 36 Komendy WOP nieco uspokoiło sytuację. Jednak nadal była ona napięta i Wołkowyja stanowiła cierń w "upowskiej republiki". UPA szukała okazji do zniszczenie garnizonu i samej Wołkowyi.
Dlatego w noc z 14 na 15 lipca 1946 roku, mimo siły jaką reprezentował garnizon Wołkowyi, na miejscowość uderzyła sotnia "Bira" Wasyla Szyszkanynecia. WOP ufortyfikował wieś, a sztab komendy znajdował się w środku wsi. Walki były zażarte i uporczywe. Upowcy mimo polskich umocnień nie zamierzali łatwo rezygnować. Niejako "przy okazji" po opanowaniu części wsi przez UPA, dokonano mordów na ludności cywilnej. Zginęło 15 osób, w tym dwoje dzieci. Z żołnierzami upowcom poszło gorzej i nie zdobyli oni polskich umocnień. Mimo to ponawiali oni ataki przez kilka godzin. Ostatecznie o godzinie 4:30 15 lipca 1946 roku odstąpili od Wołkowyi. Była to jedna z najcięższych walk jakie stoczył WOP z oddziałami UPA.
Źródło fotografii NAC/Domena Publiczna
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz