Osiemdziesięcioro dzieci. Osiemdziesiąt straconych istnień. To był odwet. Ta podlaska wieś przestała istnieć w ciągu jednej nocy. Nikt nie mógł przypuszczać, że w lipcu 1943 roku stanie się miejscem jednej z największych tragedii, jaka dotknęła ludnosc cywilną.
W okolicznych lasach działały oddziały Armii Krajowej. 10 lipca 1943 roku pluton Kedywu Obwodu Wysokie Mazowieckie AK pod dowództwem ppor. Tadeusza Westfala „Misia” zatrzymał się w pobliżu wsi podczas przygotowań do akcji przeciwko mleczarni w Dąbrówce Kościelnej.
Nad ranem żołnierze zauważyli nadciągające od strony Krasowa-Częstek furmanki z niemieckimi żandarmami. Doszło do walki. Do dziś nie ma pełnej pewności, dlaczego Niemcy pojawili się w tym miejscu. Według części historyków szukali partyzantów lub osób związanych z wcześniejszymi akcjami podziemia. Inni wskazują na możliwość donosu.
Kilka dni później zapadła decyzja o odwecie. Mieszkańcy otrzymali ostrzeżenia. Ks. Józef Kaczyński z Krasowa-Częstek, próbował ich przekonać, by uciekli, bo Niemcy planują odwet. Wielu jednak nie uwierzyło.
Mylili się. W nocy z 16 na 17 lipca 1943 roku rozpoczęła się pacyfikacja. Okupanci otoczyli wieś kordonem. O świcie weszli do gospodarstw i wyprowadzali mieszkańców z domów. Kobiety, dzieci i mężczyzn zgromadzono w stodole Stanisława Jankowskiego. Tam rozpoczęła się selekcja.
We wsi Krasowo - Cząstki liczącej 276 mieszkańców tej nocy stracono 257 osób, w tym ponad 80 dzieci. Ci, którzy ocaleli, zdołali się ukryć lub tej nocy przebywali poza wsią.
Spalono 55 domów i podobną ilość stodół. Zrabowano inwentarz - ponad 180 krów zabrano. Wieś, a raczej to, co po niej zostało, zaorali.
W ostrzeżenia księdza Kaczyńskiego nie wierzyła nawet jego matka i trzy siostry. Zginęły wszystkie cztery.
Na zdjęciu - matka księdza i jedna z sióstr.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz